Lista utworów

20 lutego 2015

Rozdział XIII


- No nie wierzę...
Adriana ze zdumieniem i niemałym szokiem spoglądała na dwa końskie kształty, zbliżające się do nich leśną dróżką. Cazador od razu podbiegł do swojej pani, rżąc cicho. Oparł łeb na jej ramieniu, prawie przewracając dziewczynę do tyłu. Spojrzała na Gilana, który właśnie wręczał swojemu pupilowi garść kostek cukru. Blaze wydawał się być bardziej zadowolony z owego upominku, niż z bliskości swojego pana.
- Skąd wiedziały, gdzie jesteśmy? - spytała zaciekawiona. Od razu skarciła się w myślach. Od niedawna z niepokojem zauważyła, że przestaje być sobą. Była mniej wybuchowa, wyrozumiała i zbyt łagodna, jak na jej gust. Kiedy wróci ze zwiadowcą do swojego domu, najprawdopodobniej pozostawi go na kilka dni samemu sobie, w nadziei, że przeżyje i wybierze się wykonać jakieś zlecenie. Zawsze ją to uspokajało. W swoim fachu czuła się pewnie i nikt nie był w stanie tego zmienić. Wiedziała, że jest najlepsza. Prawdopodobnie przed drzwiami twierdzy leżało kilka zleceń zabójstw, które uzbierały się pod jej nieobecność. Zastanawiała się tylko co powie zwiadowca, kiedy zorientuje się, że idzie kogoś zabić, bez wyraźnego powodu.
Zresztą, co ją to obchodziło. Chłopak nie miał nic do powiedzenia.
- Szósty zmysł. Tak naprawdę nie wiemy jak to się dzieje, ale konie zwiadowców zawsze wiedzą jak znaleźć swojego właściciela. Twój najwyraźniej nie posiada takowych zdolności i przyszedł pokornie za Blazem, nie kłócąc się z nim. Nie uważasz, że powinnaś wziąć przekład ze swojego podopiecznego?
- Prędzej widziałabym Ciebie, w roli pokornego i usłużnego sługi. Myślę, że to nawet dobry pomysł. Będziesz mi służył, kiedy wreszcie wrócimy do mojego domu. Uratowałam Ci życie, jesteś mi coś dłużny, prawda zwiadowco?
- Możesz sobie pomarzyć. Dlaczego skończyłaś nazywać mnie arystokratą? Nie, żeby mi się to podobało, ale skąd ta zmiana?
- Zadajesz niewygodnie wiele pytań. Chyba powinnam skrócić Cię o głowę i mieć święty spokój. Odpowiadając na twoje pytanie: miałam kilka dni litości dla idiotów. Ponieważ zaliczasz się do tej szanownej grupy, byłam odrobinę milsza. Lecz myślę, że twoja taryfa ulgowa właśnie się skończyła.
Rozejrzała się po niewielkiej polance, na której rozbili obóz. Było późno w nocy, kiedy stwierdzili, że oddalili się wystarczająco od Genoweńczyków. Ponieważ Adriana lubiła długo pospać, kiedy miała okazję, było już południe kiedy otworzyła oczy. Gilan jeszcze spał, więc obudziła go, czerpiąc z tego niemałą radość. Zdążyli zjeść śniadanie, zwiadowca wypił kawę, zgasili ognisko i właśni wtedy pojawiły się konie.
Na ustach dziewczyny pojawił się niepokojący uśmiech, gdy zauważyła, że miecz, łuk, strzały i noże chłopaka leżą na ziemi obok niej. Nie miał przy sobie broni, więc spokojnie mogła mu przypomnieć, kto tu o wszystkim decyduje.
Wzrok Gilana pomknął w tym samym kierunku. Kiedy zauważył swoją broń, leżącą sobie beztrosko obok zabójczyni, zdał sobie sprawę ze swojego błędu. Nie zabiła go, ale nie byli też przyjaciółmi. Nie powinien nigdy tracić czujności przy dziewczynie, a już na pewno nie pozostawiać broni. Miał wrażeni, że słyszy ojca i Halta, którzy wykrzykują pod jego adresem różne epitety. Zacząwszy od kretyna, przechodząc przez głupka, a na idiocie skończywszy.
Adriana wyjęła zza pasa sztylet i spokojnie obracając go w dłoni, zbliżyła się do chłopaka. Ten nie mógł nic poradzić, że cofnął się kilka kroków, aż natrafił na drzewo. Instynkt przeżycia tej chwili był silniejszy niż jego wola.
- Co by tu z tobą zrobić, arystokrato? - spytała uśmiechając się niewinnie, jednocześnie ostrze sztyletu znalazło się przy gardle zwiadowcy. Nie zamierzała go oczywiście zabić, ewentualnie lekko zranić, aby nie myślał sobie, że może robić, co mu się żywnie podoba. Chciała znów poczuć się sobą, a nie być jakąś dziewczyną troszczącą się o zbłąkaną duszyczkę. Brakowało jej walki, ale nie mogła zwracać na nich uwagi, kłócą się i ostatecznie rozstrzygając spór z jakimś zbrojnym. Musiała odreagować inaczej. Spojrzała w zielone oczy zwiadowcy w poszukiwaniu strachu. Choć był od niej wyższy, to on stał przyciśnięty do drzewa z ostrzem przy gardle. Zabójczyni wprost uwielbiała czuć przewagę i władzę.
Z zaskoczeniem stwierdziła, że Gilan się nie bał. Czyżby myślał, że są przyjaciółmi i nic mu nie zrobi? Nie był przecież aż tak głupi... Przyjrzała się uważniej i zmieniła zdanie. On znowu zaczynał grać w swoją grę. Która de facto bardzo dziewczynę denerwowała. Była jednak ciekawa czy ją zaskoczy. Nie zawiodła się.
- Cóż, możesz mnie na przykład pocałować.

***
Gilan doskonale zdawał sobie sprawę, że igra z ogniem. Ale nie mógł się powstrzymać. Widok zszokowanej twarzy dziewczyny był wart każdego niebezpieczeństwa, które mogło mu grozić z jej strony.
Zdziwienie momentalnie zostało zastąpione złością i irytacją. Znów robił coś, czego nienawidziła. Kpił sobie z niej.
- Jeśli się wstydzisz, to ja mogę Cię pocałować. I będzie po problemie. Naprawdę nie sądziłem, że ktoś taki jak ty może być tak... jakby to powiedzieć? O, już wiem? Niewinny pod tym względem, wiesz o co mi chodzi z tym względem. Ponieważ jesteś kobietą, nie wypada mi się dosłownie wyrazić, ale mam nadzieję, że użyjesz swoich szarych komórek i się domyślisz. Swoją drogą to naprawdę dziwne. Całowałaś się kiedyś? Wydajesz się zaszokowana tym co powiedziałem. Nie mów mi, że nigdy...
Podczas jego monologu, dłoń chłopaka powoli zmierzała w kierunku ukrytej kieszeni płaszcza. Mógł już wyczuć chłodny metal, żelazny sztylet. Teraz wystarczyło go niespodziewanie wyjąć i gotowe. Gilan z doświadczenia wiedział, że nawet najbardziej przebiegły wróg poświęci chwilę na kontemplację tych bzdur, które wypływały z jego ust. Będzie za wszelką cenę starał się odnaleźć w nich jakiś sens i cel, przez co się zdekoncentruje i nie zauważy sztyletu, który powoli, ale niezłomnie zmierzał do jego gardła.
- Ha! I co teraz robimy? - Adriana poczuła na szyi ostrze sztyletu. Gilan wyglądał na bardzo zadowolonego z siebie, co ledwo mogła zdzierżyć. Jego paplanina odniosła zamierzony skutek, zabójczyni jeszcze się nie otrząsnęła z szoku, jaki wywołały jego słowa. Prawda, nie całowała się. A dlaczego miałaby? Nie miała przyjaciół, a już na pewno nie ukochanego. A w przeciwieństwie do zwiadowcy, nie zamierzała całować się z kim popadnie po barach.
- Jesteś mi potrzebny, więc jeszcze Cię nie zabiję. Masz szczęście – warknęła cicho. Nie wiedziała, co innego mogłaby powiedzieć.
- Odetchnąłem z ulgą. A zauważyłaś może, że i ja mogę Ci poderżnąć gardło? Czy może za dużo wymagam? - chłopak naprawdę kochał ją wkurzać, jednak tym razem otrzymał tylko ciężkie westchnienie. Sztylet zabójczyni w mgnieniu oka powrócił na swoje miejsce. Zwiadowca z zawiedzioną winą poszedł w jej ślady. Musiał poćwiczyć władanie mieczem. Miał nadzieję, że Adriana go zaatakuje i wtedy będzie musiał go użyć do obrony. Wtedy sobie potrenuje. Mógł wprost spytać dziewczynę, czy powalczy z nim, ale odpowiedź z pewnością byłaby twierdząca. A może nie?
Spojrzał na nią, gdy mocowała się z sprzączką od siodła. Wydawała się zdenerwowana, pewnie miała się ochotę wyżyć. Może przy okazji uda się jej go nie zabić.
- Potrafisz tego używać? - spytał, wskazując miecz w czarnej pochwie, przytroczony do jej siodła. Dziewczyna odwróciła się i spojrzała na chłopaka podejrzliwie, nie była pewna, po co mu ta informacja.
- Tak, o co chodzi?
- Chcesz spróbować swoich sił?
Zawahała się. Dawno nie ćwiczyła mieczem, do tego trzeba było mieć partnera. Była w tej dziedzinie bardzo dobra, ale aby utrzymać tą sprawność, należało ciągle trenować. Z czasem można było wyjść z wprawy. Dotychczas radziła sobie świetnie za pomocą sztyletów, ale powtórka umiejętności nie była złym pomysłem.
- No chodź, tylko trochę – namawiał Gilan. Po chwili zastanowienia dodał ze złośliwym śmiechem – Będę Cię oszczędzać.
- Chyba sobie żartujesz. To ty będziesz leżał na ziemi – prychnęła, odpinając miecz od siodła. Po chwili srebrna klinga lśniła w słońcu. Zabójczyni zamachnęła się na próbę. Ostrze było świetnie wyważone, prawie go nie czułą. Mogła nim wymachiwać przez godzinę i nie opaść z sił. Powoli przypominała sobie, jak walczyć. Była bardzo dobra. Wiele razy pokonała swojego nauczyciela, najlepszego fechmistrza na kontynencie. Gilan nie miał szans. I dodatkowo mogła na tym skorzystać, wiedziała, że jeśli zwiadowca do słowo, to raczej go nie złamie. W końcu pochodził z rodziny rycerskiej, a tam honor był najważniejszy.
- O co walczymy, wasza wysokość? - spytała pewna siebie, widząc jak chłopak wyciąga miecz z pochwy. W przeciwieństwie do jej ostrza, ten był prosty, bez żadnych herbów rodowych i klejnotów, co wydało jej się dziwne. Szlachta zawsze miała na broni wyryty swój znak, o kosztownościach nie wspominając. Rączka broni była wysłużona od częstego używania. Ten miecz był tak prosty, że mógł należeć do byle jakiego chłopa, wybierającego się na wojnę.
Jej broń miała wyrytą na rękojeści czaszkę przebitą sztyletem, a pod nią skrzyżowane miecze. Symbol Assasynów z Czarnej Wieży. Miecz był doskonałej jakości, jak zresztą każda broń, jaką posiadała. Zabójcy musieli mieć porządne zabawki.
- Jeśli wygram, będziesz mi do końca tej afery robić rano śniadanie.
- Śniadanie? - powtórzyła za nim zdezorientowana, niczym echo.
- Tak. Lubię spać, a to zabiera mi ten cenny czas. Wybrałem to, bo spodziewam się, że na całowanie się nie zgodzisz.
- Żarty sobie chyba robisz. Nawet gdybyś był ostatnim facetem na ziemi i zależałoby od tego przedłużenie gatunku.
- Cóż za apokaliptyczna wizja. Miewasz przebłyski przyszłości? - i nie czekając na odpowiedź, dodał – A o co ty się zakładasz?
- Nie będziesz wsadzał nosa w moje sprawy. Będziesz słuchał moich poleceń, nie będziesz mnie wkurzał. Stoi? - spytała, wyciągając dłoń w jego kierunku. Była pewna wygranej, będzie miała spokój od zwiadowcy. Podał jej rękę ze złowróżbnym uśmiechem na twarzy.
- Więc zaczynamy – zanucił śpiewnie, obracając się wokół własnej osi. W ostrzu miecz odbiły się promienie słońca.
- Tak, zaczynamy – mruknęła, unosząc lekko miecz.


***


Zanim zdążył się zorientować, była tuż przy nim. Ostrze miecza zabłysło złowrogo, gdy zamachnęła się mocno, celując w jego ramię. Nie chciała go zabić, więc musiała się trochę opanować. Trudna sprawa.
Dla postronnych osób, nieznających się zupełnie na szermierce, wydawałoby się, że zwiadowca nawet się nie poruszył. Po prostu miecz pojawił się znikąd, blokując cios zabójczyni. W jednak chwili zwisał luźno w ręce chłopaka, w następnej mknął na spotkanie przeciwnika. Uważny obserwator zauważyłby lekki ruch nadgarstka, który spowodował, że miecz bez żadnego wysiłku właściciela pofrunął w górę.
Ostrza zgrzytnęły, uderzając o siebie. Adriana wzdrygnęła się na ten dźwięk, zawsze wywoływał u niej gęsią skórkę. Spojrzała zdziwiona na Gilana. Zaatakował podstępnie z boku, więc nie powinien potrafić odbić uderzenia. Może jednak nie był takim ciamajdą, jeśli chodziło o władanie mieczem, jak myślała na początku. Chłopak jakby czytając jej w myślach, uśmiechnął się kpiąco.
- Nie stać Cię na więcej? Włóż w to trochę serca!
Chyba chciał ją zezłościć, sprawić, żeby przestała nad sobą panować i zaatakowała z bezmyślną furią. Marzenie.
Odskoczyła o kilka kroków w tył, przyglądając się przeciwnikowi. Był praworęczny, więc jeśli zamachnie się odpowiednio z lewej strony, powinno się udać. Musiała jednak podejść do niego niezwykle szybko, aby chłopak nie zdążył się odwrócić. Tak, to był dobry plan. Zwiadowca jeszcze nie widział jak szybka była naprawdę.
Adriana uśmiechnęła się do siebie w myślach. Tak, ta zabawa za chwilę się skończy, a Gilan przestanie wtrącać się w jej sprawy.
- Chyba chciałaś mnie kiedyś skrócić o głowę, jeśli dobrze pamiętam? - najwyraźniej świetnie się bawił. Dziewczyna zacisnęła usta w wąską kreskę, zirytowana.
- Wkurzasz mnie.
- Co? - chłopak raczej nie spodziewał się odpowiedzi. Zanim otrząsnął się ze zdziwienia, zabójczyni była tuż obok niego, po lewej stronie. A miecz miał w prawej ręce i nie mógł się nim zamachnąć.
Adriana uśmiechnęła się zwycięsko i w tej samej sekundzie zadała cios. I tak, jak się tego spodziewała, pojedynek się zakończył.
Ale nie taki wynik sobie wyobraziła.
Z cichym jękiem upadła na ziemię. Nie wiedziała jak to się stało. Przed chwilą stała z mieczem w ręku, gotowa zadać zwycięski cios, a w następnej sekundzie leżała na trawie. Broń błyszczała w słońcu dziesięć metrów od niej. To co się stało, było niemożliwe. Jedyne wyjaśnienie wiązało się z tym, że Gilan jakimś sposobem przerzucił miecz do lewej ręki, ale to zakrawało o cud. Nikt nie potrafił walczyć prawą i lewą ręką, a już na pewno nie wyprowadzić swoją słabszą dłonią takiego ciosu, który odrzuciłby jej ostrze na dziesięć metrów.
Spojrzała na zwiadowcę. Stał z zadowolonym uśmiechem na twarzy i wpatrywał się w nią zwycięsko. Miecz trzymał w lewej ręce. Więc jednak to prawda?
- Jak to zrobiłeś? - zapytała wściekła ze swojej przegranej. Wstała z ziemi, ignorując wyciągniętą w jej stronę rękę chłopaka.
- Zapomniałem wspomnieć chyba o pewnym szczególe. Walki uczył mnie MacNeil z Bannock.
- On?! - głos dziewczyny ze zdziwienia zaczął przypominać pisk. Słyszała już niejednokrotnie o owym mistrzu rycerskiego rzemiosła. Postanowiła sobie nawet za cel, aby brać u niego lekcje, ale gdy wreszcie udało jej się dotrzeć do jego giermka, dowiedziała się, że starzec sędziwy mężczyzna nigdy nie udzielał lekcji. Ale najwyraźniej zrobił wyjątek dla stojącego przed nią chłopaka.
A czymże się on różnił od niej?! Był facetem, to fakt, ale ona wiele razy udowodniła, że bycie większym i silniejszym można odwrócić na swoją korzyść. Gilan pochodził z arystokratycznej rodziny. To z pewnością było plusem. Miał wystarczająco pieniędzy, żeby przekupić starego mistrza. A ona ich wtedy nie miała. Adriana w wieku dwunastu lat nie posiadała grosza przy duszy, żeby mieć co jeść musiała kraść. Dopiero, gdy jako szesnastoletnia dziewczyna zaczęła zabijać na zlecenie, przestał narzekać na brak złota. Było go pod dostatkiem.
- Ile twój ojciec mu zapłacił? - syknęła przez zęby. Tak, była zazdrosna. Nauka u MacNeila była jej marzeniem, które się nie spełniło, musiała zadowolić się mistrzem, który był tylko trochę gorszy od byłego nauczyciela Gilana, ale to jednak robiło różnicę. Chłopak przed chwilą dokładnie to zademonstrował.
- Myślisz, że go przekupiliśmy? - wydawał się oburzony i zniesmaczony takim pomysłem.
- Tak, prosiłam Go, ale mnie nie chciał uczyć. Powiedziano mi, że nigdy nie brał uczniów.
- Prawda – westchnął zrezygnowany, odkładając miecz i siadając na pobliskim powalonym pniu.
- Był jednak starym przyjacielem naszej rodziny. Sam zaproponował, że będzie mnie uczyć. Ojciec był szczęśliwy i od razu się zgodził. Okazałem się pojętnym uczniem, mistrz był ze mnie dumny. Potem pojawił się Halt i stwierdziłem, że zostanę zwiadowcą. Ale z jakiegoś powodu król i dowódca Korpusu zgodzili się na kontynuowanie walki mieczem. Pewnie byłoby szkoda stracić kilka lat nauki. A miecz zawsze się przydaje, nawet zwiadowcy.
Adriana wpatrywała się w chłopaka zdziwiona, jednak odpowiednio to ukrywając. Rzadko mówił coś na poważnie, coś co nie było podszyte sarkazmem lub ironią. Teraz wzrok miał zamglony, zielone oczy wydawały się nieobecne, gdy przypominał sobie przeszłość.
- Kto jest twoim ojcem? - zapytała, uświadamiając sobie, jak dużo o nim nie wie. Dlaczego on w ogóle tak chętnie z nią idzie? Chciał ratować swoich przyjaciół, ale równie dobrze mógł zwrócić się z tym do swojego ojca. Z tego co się zorientowała był on poważaną i ważną osobistością. Chyba, że...
- Sir Dawid z lenna Caraway. Dowódca wojsk królewskich.
- Został też porwany?
- Tak.
Krótka odpowiedź, niby bez zabarwienia emocjonalnego. A jednak podszyta bólem, niepokojem i poczuciem straty.
- Przykro mi – mówiła prawdę. Sama straciła rodziców, wiedziała co czuł, mając świadomość, że jego ojciec był w niebezpieczeństwie i nie mógł wrócić żywy. Nikomu nie życzyła utraty ukochanej osoby, nawet największemu wrogowi. Choć to nie do końca było prawdą. Z przyjemnością patrzyłaby na zrozpaczonych Genoweńczyków. Choć nie była pewna, czy śmierć bliskim zrobiłaby na nich jakiekolwiek wrażenie. Od dłuższego czasu podejrzewała, że zabójcy są bez serca.
- Naprawię to. A teraz ruszmy się stąd. Jesteśmy już tu wystarczająco długo, aby jakiś wieśniak nas wypatrzył i przez przypadek poinformował Genoweńczyków. Nie muszę Ci chyba przypominać, że od dzisiaj ty robisz mi śniadanie, prawda?
Szybko zmienił temat, na jego twarz znów wpłynął uśmiech. Wiatr rozwiewał kosmyki jego brązowych włosów, większość wracała po chwili na swoje miejsce, prawie zasłaniając oczy. Te patrzyły się na dziewczynę wyczekująco. Zaklęła w myślach. Cholera, on był naprawdę przystojny.
- Gdzie idziemy?
- Do mojego domu – mruknęła, otrząsając się z transu, w który wprawiły ją jego oczy. W pewnym momencie wydawało jej się, że widzi w nich odrobinę złota. Chyba naprawdę wariowała.
- To niedaleko. Jakieś trzy godziny drogi kłusem – dodała, przymocowując miecz do siodła. W bliższym kontakcie wolała używać sztyletów. Co jak co, ale walkę nimi na pewno by wygrała. To jej matka uczyła ją rzucać i walczyć tą bronią. Odkąd Adriana skończyła trzynaście lat, ani razu nie chybiła do celu.
- Ściemnia się – zauważył.
- Nie szkodzi, znam tamten las jak własną kieszeń. Mogę nas przeprowadzić przez niego po ciemku. Szczerze mówiąc, to nawet tak wolę. Ruszajmy.

***
Gilan z niepokojem wpatrywał się w ciemny las rozciągający się przed nim. Usłyszał okrzyk sokoła i spojrzał w górę. Tristan zleciał w dół i przysiadł na ramieniu Adriany. Sombra w całej swojej tygrysiej krasie pojawiła się chwilę później, ledwo widoczna wśród konturów drzew. Sokół, tygrys i zabójczyni. Doprawdy zabójcze trio.
- Nikogo nie ma w lesie – ciszę przerwał głos dziewczyny. Jakoś nie wyglądała na taką, która piszczy z zachwytu na myśl o powrocie do domu. Nie dziwił jej się. Ze swoich obserwacji i rzadkich rozmów z nią wywnioskował, że właśnie przed tym domem zabito jej rodzinę. Ale co później zrobiła zabójczyni, co się stało z ciałami, nadal pozostawało dla niego tajemnicą. Jednak miał wrażenie, że na znanym sobie terenie poczuła się pewniej.
- Skąd wiesz? Przecież zwierzęta nie potrafią mówić, a ty w myślach nie czytasz.
- Jesteś pewny? - uśmiechnęła się niepokojąco. - Znam te zwierzęta. Wiem jaki mają wzrok, gdy coś czai się w ciemności. Wiem, jak się zachowuje Sombra, gdy zbliża się niebezpieczeństwo. Potrafię czytać z nich jak z otwartej księgi. To nie jest trudne, jeśli spędza się tyle czasu tylko w ich towarzystwie.
Spięła konia kolanami i podjechała do skraju lasu. Przy jego granicy odwróciła się i spojrzała na zwiadowcę, złośliwe ogniki błyskały jej w oczach.
- Witam w moich skromnych progach, wasza wysokość. Czuj się jak u siebie w domu – zaszydziła, kłaniając się teatralnie, po czym skierowała Cazadora w stronę dróżki, której Gilan nie mógł dojrzeć w ciemnościach.
Zwiadowca spojrzał bezradnie na Blaze'a, który zaniepokojony rozglądał się dookoła. Atmosfera panująca wokół lasu była nasączona strachem. Aż strach pomyśleć, jak będzie w gęstwinie drzew i to w dodatku w nocy.
- Rusz się Blaze, bo wyjdziemy na tchórzy.

***

To, że las był straszny, byłoby niedopowiedzeniem. Był przerażający. Taki cichy, żadnych szelestów, zwierząt, żadnego wiatru poruszającego korony drzew. Taki wymarły, albo dokładniej pogrążony w żałobie od osiemnastu lat.
Drzewa nie były obumarłe, wręcz przeciwnie. W nikłym świetle księżyca, które prześwitywało przez gałęzie, zwiadowca zauważył mech porastający pnie świerków, buków i dębów. Rozpoznał te drzewa tylko dlatego, że ich gałęzie kilkakrotnie uderzyły go w twarz. Ścieżka była zarośnięta, ledwo dało się nią przejechać. Blaze musiał uważać, aby nie zaplątać kopyt w pnącza, zakrywające podłoże.
Zwiadowca wzdrygnął się ponownie. Ta cisza go przerażała, a ciemność wokół wcale nie pomagała. Podobnie jak Adriana, która jechała przed nim w całkowitej ciszy, z zamyślonym wyrazem twarzy. Towarzyska to ona nie była, ale to wiedział już od początku. Martwiło go to, że dziewczyna zamknie się w sobie. Nie chciał tego, prawdę mówiąc lubił z nią rozmawiać, a w ostatnich dniach pokochał ją wkurzać.
Powstrzymał okrzyk, gdy obok niego z ciemności wyłoniła się tygrys. Zły na siebie zaklął pod nosem. Ten las był naprawdę przerażający. Niby bywał już w straszniejszych miejscach, na przykład taka mogiła ze starożytności o drugiej w nocy, a dookoła niej złe i rozszalałe duchy. Jednak teraz było to coś innego. Do grozy był dodany niewyobrażalny smutek, rozpacz lasu.
Drzewa zaczynały rosnąć w większych odległościach od siebie, światło księżyca coraz bardziej oświetlało drogę. Po chwili wjechali na wielką polanę. A pośrodku niej stał dwór.
Wysoki, zbudowany z czarnego kamienia, bardziej przypominała twierdzę obronną lub wieżę. Okna zakończone strzelistymi łukami były zamknięte przez okiennice z ciemnego drewna. Wysokie, strzeliste wieże wystrzeliwały w niebo. Na krawędzi dachu siedziały kamienne gargulce. Budowla przypominał mały zamek, lecz pod względem ochrony nawet zamek królewski nie mógł się z nią równać. Otaczała ją głęboka na siedem metrów fosa, w której, jak zauważył zwiadowca, zamiast wody, piętrzyły się stosy kości. Nad przepaścią przechodziło się na prostym moście zwodzonym z czarnej stali. Wszystko w tym dworze było ciemne lub szare. Mury były na samej górze zwieńczone licznymi otworami, idealnymi do strzelania z kuszy. Na szczycie najwyższej wieży Gilan zauważył przyrząd, do określania kierunku wiatru. Teraz chybotał się przerażająco na wszystkie strony, lekko skrzypiąc. Zwiadowca nawet nie chciał myśleć o pułapkach, zastawionych na nieproszonych gości. Miał nadzieję, że on sam jest tu mile widziany. Inaczej mogłoby się zrobić nieprzyjemnie. Jednak twierdza była piękna, posiadała w sobie jakąś niezwykłą grację, ale przeważała niestety drapieżność bijąca od murów.
- Przerażająca – szepnął nieświadomie. Nie spodziewał się odpowiedzi na ten komentarz, jednak ją otrzymał.
- Kiedyś była pełna życia – głos Adriany był pełen smutku i bólu. Jednak szybko się otrząsnęła, przyjmując wyniosły wyraz twarzy. - Czuj się jak u siebie, zwiadowco.
Zsiadła z konia i puściła wodzę. Zwierzę nie oglądając się za siebie pokłusowało do stajni po drugiej stronie polany. Drzwi drewnianego budynku były otwarte.
Zwiadowca puścił Blaze'a, który od razu pobiegł za Cazadorem. Najwyraźniej podczas krótkiej wyprawy wierzchowce zdążyły się zaprzyjaźnić.
Zobaczył ruch po swojej prawej stronie i odwrócił się. Adriana weszła pewnie na most i przeszła nad przepaścią. Obok solidnych drzwi z ciemnego drewna, wzmocnionych żelazem, stała średniej wielkości skrzynka z otwartym wiekiem. W środku znajdowało się pięć pergaminów zawiązanych czarnymi wstążkami. Dziewczyna wyjęła jeden z nich i rozwinęła. Na jej twarz wpłynął krwiożerczy uśmiech. Zwinęła list i schowała do torby przewieszonej przez ramię. Zatrzasnęła wieko skrzyni, zdjęła z szyi klucz zawieszony na srebrnym łańcuszku i przekręciła w zamku. Kliknęło i przedmiot został zamknięty na cztery spusty.
- Co to było? - zapytał zaciekawiony chłopak. Było ciemno, a w dodatku zabójczyni specjalnie się odwróciła, przez co nie mógł przeczytać tekstu.
- To było zlecenie, skarbie.
Zacisnął zęby ze złości. Nienawidził jak ktoś go tak nazywał. To brzmiało tak... protekcjonalnie.
- I co w związku z tym? - nadal nie kojarzył faktów.
- To znaczy, że będziesz sobie musiał poradzić sobie tutaj sam przez następne dwa dni.
- A ty?
- A ja pójdę do pracy. Pewny nieszczęśnik wszedł w drogę komuś, więc muszę złożyć mu wizytę. Trochę się przy okazji zabawię.

********************************************************************************
Chyba pobiłam mój rekord jeśli chodzi o długość rozdziału. Trochę go pisałam, ale chyba nie jest taki zły. Trochę przeskakiwałam z tematu na temat, ale chyba nie jest tragicznie. Coś się Adrianie szybko zmieniał humor, ale załóżmy, że miała gorszy dzień. Pójdzie sobie teraz do pracy, odstresuje się, pewnie przy okazji kogoś zabije. W końcu za to jej płacą. 
Tak sobie wyobrażam dom Adriany: 

http://3.bp.blogspot.com/-_oGXSq52gyg/UQfiWh6aaBI/AAAAAAAAAGE/0KiUXpC6h0c/s1600/akademia.jpg

No nic, nie pozostaje mi nic innego jak zaprosić was do czytania i przeprosić za błędy, których na pewno jest mnóstwo. Sorry, spieszyłam się z tym rozdziałem.
Proszę o szczere komentarze i jak zauważycie, to powiedzcie mi, gdzie są błędy. Pozdrawiam,
Mentrix
P.S. Zapraszam wszystkich na mojego nowego bloga o herosach
harmony-of-heroes.blogspot.com

10 lutego 2015

Liebster Award nr.3

I znowu zostałam nominowana! Nawet nie macie pojęcia (a może macie?) jak się cieszę, że ktoś docenia moją pracę. Tym razem nominował mnie Karol Marzyciel z bloga 
http://nowaprzy.blogspot.com/. Bardzo dziękuję za nominację!
Nie będę w tym momencie nominować nikogo więcej, ale gdy zrobię sobie listę blogów, które chciałabym wyróżnić, to dodam pytania w oddzielnej zakładce i te osoby zostaną poinformowane.

A oto odpowiedzi na zadane pytania:
1. O jakiej porze dnia lub nocy najczęściej piszesz
Najczęściej jak wrócę ze szkoły, ale miewam często napady weny około godziny 24 i wtedy siadam, piszę i rodzice nie potrafią mnie od tego oderwać.

2. Przy pisaniu nie mogę się obejść bez ? 
Słownika w Wordzie, który sprawdza moje liczne literówki :) No i oczywiście bez muzyki.

3. Historią, którą chciałybyście ( chyba nominowałem 4 kobiety) stworzyć ale z jakiegoś powodu się boicie
Mam jeszcze dwa pomysły na opowiadania, ale ich na razie nie piszę (tematyka Percy Jackson i coś ze Śmiercią w roli głównej). Ale to dlatego, że zdaję sobie sprawę, że nie jestem w stanie prowadzić trzech blogów. Spróbuję dwa, a potem jak jeden skończę to zastanowię się nad następnym. Jakoś nie wpadłam na pomysł historii, której bym się wstydziła. Uważam, że każdy lubi inne rzeczy, więc nawet jeśli inni uważają daną historię za coś dziwnego, to nie ma się co wstydzić. W końcu nasza wyobraźnia nie zna granic, więc nie nasza wina, że przyjdą nam do głowy jakieś głupoty.

5. Tango czy walc. Chodzi mi o charakter nie o to czy umiecie tańczyć
Umiem tańczyć walca, więc czuję się w tym pewniej, ale z kolei tango jest lepsze z charakteru, jak to ująłeś.

6 Umiem i lubię śpiewać. Możecie tak o sobie powiedzieć.
Lubię śpiewać jak nikt tego nie widzi i nie słucha. Ale z pewnością nie umiem. Ludzie uciekaliby w popłochu, gdybym zaczęła.

7. Uśmiech to pół pocałunku. Zgadzacie się? 
To zależy czyj uśmiech. Jedni mają uśmiech, który rozjaśnia im twarz, sprawia, że stają się piękniejsi, wydają się pełni życia. A uśmiech innych po prostu przeraża. Są różne przypadki.

8. Kiedy mam wolne śpię do? 
Uwielbiam spać :) Nigdy jednak nie jestem wyspana. Mój rekord wynosi od 22 w nocy do 16 po południu (i to nie po Sylwestrze). Ale ogólnie to zawsze do 12 lub 13.

9 Lubicie zakupy? 
Nie. Chyba, że chodzi o kupowanie książek. W Empiku lub innej księgarni mogę siedzieć kilka godzin, przeglądać książki i nie mam nigdy dość. Jeśli chodzi o kupowanie ubrań, to mam takie dziwne zahamowanie, dotąd nie odkryłam dlaczego.

10 . Na ostatnim balu przebierańców na, którym byłam przebrałam się za ...
To było w drugiej klasie podstawówki :) Chyba miałam strój Roszpunki, ale nie jestem pewna. Jestem aspołeczna i to bardzo, więc na imprezy nie chodzę.

11. Właśnie bale ... Męczy mnie ta tematyka i ciekawi. Przy tym potrzebują inspiracji dla moich bohaterek na blogu i w innych tekstach. Wyobraźcie sobie, że idziecie na bal a wcześniej wygrywacie możliwość wydanie nieograniczonej sumy na to wyjście. W co się ubieracie, jaką macie biżuterię, buty, makijaż. Opis możliwe szczegółowy, poproszę, bo jak mówię i powoduje mną ciekawość i potrzeba pisarska :)
Nie mogę Ci pomóc. Jak wyżej pisałam na bale nie chodzę. Nienawidzę takich imprez. Dyskoteki to istna tortura. Nie rozumiem ludzi, którzy skaczą obok siebie na sali, uważają to za taniec i najwspanialszą rzecz pod słońcem. Do tego jeszcze tona makijażu u dziewczyn i obowiązkowe dla wszystkich piwo w ręku. Ale to moje zdanie.
Jeśli masz problem ze swoim opowiadaniem, to ewentualnie mogę sobie wyobrazić, że wysyłam moją bohaterkę na bal. Adriana jest dosyć mroczna, więc sukienka byłaby na pewno czarna lub granatowa, do ziemi, ale nie rozłożysta. Taka prosta, ze srebrnym paskiem w tali. Pomińmy to, że pewnie miałaby mnóstwo ukrytych kieszeni na noże i inne tego typu gadżety. Nie miałaby ramiączek, jeśli wiesz o co mi chodzi. Taka skromna, prosta, piękna, ale nierzucająca się w oczy sukienka, W końcu zabójczyni nie za bardzo chciałaby zostać zapamiętana. W dodatku srebrna biżuteria. Małe kolczyki w kształcie półksiężyca, cienka bransoletka na nadgarstek, łańcuszek tego samego koloru z zawieszką w kształcie półksiężyca. Makijaż... to chyba nie te czasy. Może granatowy cień do powiek. Adriana jest blada, więc może by to jakoś wyglądało. Nie znam się na malowaniu. Buty czarne lub granatowe pod kolor sukienki, na obcasach z jakimś malutkim srebrnym dodatkiem. Włosy związane w luźny niski kok, kilka falujących pasemek opadających na twarz. No i może gdzieś też srebrna spinka w kształcie liścia akacji. I czarne rękawiczki na ręce. 

To by było na tyle. Rozdział mam napisany w 50%. Powinien pojawić się w tym tygodniu. Jeszcze raz dziękuję za nominację.

04 lutego 2015

Liebster Award nr.2

Ponieważ mam trochę czasu, najwyższy czas odpowiedzieć na nominację do Liebster Award, którą otrzymałam od Puck, za co serdecznie dziękuję :D

Jestem jednak zbyt leniwa w tyn tygodniu, więc tylko odpowiem na pytania, a nominacje sobie daruję. Może później?

1. Gdybyś miał/a wybór jakie imię byś sobie nadała?
Nie zastanawiałam się nad tym, ale na pewno byłoby jakieś zagraniczne. Angielskie, amerykańskie, włoskie? Nie wiem. Podobało mi się imię Violetta, ale po tym całym serialu co ogląda moja młodsza siostra mam go powyżej uszu. Adriana nawet mi się podoba albo Gabrielle.

2. Do świata, której z książek najchętniej byś się przeniosła i dlaczego?
Ooooooo... Tylko jednej książki?! Jak można być tak brutalnym?!  Świat z Percy'ego Jacksona byłby fajny, ale jest ten minus, że jak jesteś herosem, to z jednym z rodziców (tym boskim) masz kiepski kontakt. Ale z drugiej strony w Obozie można łatwo znaleźć przyjaciół... Świat ,,Zwiadowców" byłby fajny, ale tak na pół roku, bo dłużej bez wszystkich udogodnień techniki bym nie wytrzymała. Jej, naprawdę nie wiem. Każdy świat z książki ma w sobie coś cudownego, niepowtarzalnego. Mogłabym jeszcze wylądować w świecie, gdzie są oprócz ludzi elfy, no i jakiś przystojny (to standard) książę :)

3. Uznajesz zasadę "po trupach do celu"?
To zależy do jakiego celu. Jeśli tym celem jest uratowanie życia dużej ilości osób, to tak. Ale jeśli mieliby ludzie ginąć dla osobistej zachcianki, bo stanęli komuś na drodze, to oczywiści że nie. Jednak lubię używać tego sformułowania (oczywiście w myślach), no i nie zaszkodzi jakiś bohater książki czy opowiadania, który ową zasadę wyznaje. Jednak w realu, jak wyżej pisałam, tylko i wyłącznie dla ocalenia ogromnej ilości ludzi, kilku może zginąć.

4. Jakiej rzeczy w życiu byś nie zrobił/a?
Mnóstwa rzeczy, ale w tym momencie nic nie przychodzi mi do głowy. Na pewno nie popełniłabym samobójstwa, ale jeśli chodzi o normalniejsze rzeczy to np. nie pocałowałabym nieznajomego faceta, nie wzięła do ręki pająka, nie zostałabym w przyszłości grabarzem, bo to smutny zawód ;)

5. Co wyróżnia Cię z tłumu?
Może to, że mnie nie widać? Serio, mogłabym zostać szpiegiem. Nikt nie zwraca na mnie uwagi, chyba że wpadnę na niego pogrążona w myślach. Lub gdy biegnę gdzieś spóźniona, a plecak mi się odpina i książki wylatują. Wtedy mnie zauważają, ale tylko na chwilę. Dość pożyteczne, gdy zrywasz się z lekcji, nauczyciele pytają moją klasę czy byłam w szkole, a klasa nie wie. Stwierdzają nauczyciele, że jestem chora, a później poczciwy wychowawca mi to usprawiedliwia.

6. Ulubiona herbata? (Jeżeli nie pijasz herbat wiedz, że jesteś dziwny)
A chodzi ci o jakieś Earl Grey? To ja się nie znam. Pijam Liptona, zwykle zrobionego przez mojego tatę z dużą ilością cukru i cytryny (a walczę z dużą ilością cukru w moim domu)

7. Jak nazywał się Twój pluszak w dzieciństwie?
Miałam całe zastępy pluszaków. A nawet listę sobie zrobiłam jak byłam mała. Co noc obok mnie na poduszce śpi inny pluszak, reszta w nogach. Inaczej byłoby zbyt ciasno :) Miałam misia co się Michaś nazywał, różowego kotka Różyczkę, a no i takiego gigantycznego misia od cioci z Kanady, chyba Kuba się nazywał. Reszty nie pamiętam.

8. Jaki jest Twój pisarski idol?
Na tym blogu to John Flanagan, oczywiście. Ale myślę nad założeniem bloga o herosach, a tam będzie to Rick Riordan. Do zależy na podstawie jakiej książki piszę opowiadanie. Jeśli wymyślam zupełnie sama, to nie mam idola, po prostu musi mi się podobać to, co nabazgrałam.

9. Jaka jest Twoim zdanie najgorsza cecha spotykana u ludzi?
Chciwość. Nie wymienia się jej jako najgorszą cechę, ale według mnie nią jest. To przez nią są ciągłe wojny, ludzie się mordują. Bo chcą więcej pieniędzy, ziemi, wpływów. I nawet jeśli je dostaną, to chciwość wciąż jest niezaspokojona i pragną więcej, więcej, więcej...

10. Pierwsza była kura, czy jajko?
Myślę, że kogut, bo skąd kura miałaby jajko?

11. Wyobraź sobie, że stoisz na krawędzi kfilu i masz zamiar skoczyć w przepaść, jakie były by Twoje ostatnie słowa?
,,Geronimooo!" to chyba krzyczą ci wszyscy superbohaterowie zanim skoczą z wieżowca ratować świat, no nie?
To zależy dlaczego bym skakała. Dla rozrywki jak Jackob ze Zmierzchu? Nie byłabym taka głupia. Samobójstwo? Nie wchodzi w grę. No, ale gdybym musiała, bo np. albo skoczę albo zabije mnie potwór. To pewnie byłoby coś w stylu ,, Boże, ratuj", tylko on byłby mi został, bo nikt inny mnie nie uratuje jak będę spadać z tego klifu. Jakby obok była moja rodzina, to pewnie byłoby ,,Kocham was", bo w końcu to ostatnie słowa. Bardzo optymistyczne zakończenie wymyśliłaś, Puck.



Rozdział XII

- Ja chyba do końca postradałem zmysły – mruknął Halt, przedzierając się przez gąszcz liści. Abelard zarżał cicho, jakby zgadzając się za swoim panem. Ostrożnie postawił kopyto na śliskim od deszczu kamieniu, starając się utrzymać równowagę. Dróżka, którą podążali z jednej strony była otoczona gęstym lasem, nie do przejścia. Po lewo rozciągała się głęboka przepaść. Halt bywał już w górach leżących na terytorium Picty, ale nigdy nie zawędrował tak daleko. I w taką złą pogodę.
Jednak jakaś nieznana siła pchała go wbrew wszelkiemu rozsądkowi naprzód. Powinien się zatrzymać, zsiąść z konia i znaleźć jakieś schronienie przed deszczem. Lecz ciekawość była silniejsza. Chodź groziła upadkiem w przepaść.
Mrukliwy zwiadowca westchnął, wspominając jak znalazł się w takiej sytuacji. Gdy udało mu się uciec, szybko znalazł się w zamku królewskim, gdzie zabrał swojego konia i zostawił kilka wskazówek dla barona Aralda. Wielmoża miał za zadanie utrzymać porządek w królestwie za wszelką cenę i czekać. Samobójstwem byłaby walka z nieznanym. Nikt nie wiedział o co chodzi Genoweńczykom i czy w odwecie za napaść nie zabiliby króla albo któregoś z zwiadowców. Nie można było ryzykować, trzeba było się zorientować w sytuacji.
Halt wracał właśnie do swojej chatki, zastanawiając się jak znaleźć informacje o owym tajemniczym czarnoksiężniku, gdy tuż przed nosem przeleciał mu wielki czarny kruk. Na pozór zwyczajny, lecz gdy zwiadowca spojrzał w jego oczy, prawie nie spadł z konia. Nie potrafił dokładnie określić ich koloru, jakby składały się z diamentów z dodatkiem srebra, światło słoneczne się w nich załamywało. A potem o mało nie dostał zawału.
- Chcesz poznać odpowiedzi, zwiadowco? Więc chodź za mną...
Głos cichy, przypominający powiew wiatru. Jednak doskonale słyszalny w głowie mężczyzny. Spojrzał zdziwiony na ptaka i wydawało mu się, że ten mrugnął do niego porozumiewawczo.
- Chodź...
Więc Halt zawrócił Abelarda i poszedł. I drugiego dnia wędrówki, gdy słońce chyliło się już ku zachodowi, znalazł się w wysokich i groźnych masywach gór Picty. Kraj ten był zamieszkany przez barbarzyńskie plemiona Szkotów, rabusiów i złodziei spotykało się wszędzie. Nikt nie potrafił jednak przejść obok obojętnie, nie zachwyciwszy się pięknem i urokiem tego miejsca. Pomiędzy wzniesieniami napotykało się liczne jeziora, o wodzie tak przejrzystej, że Halt ledwo mógł w to uwierzyć. Góry porastała karłowata roślinność, gdzieniegdzie było widać pąki różowych kwiatów. Słychać było szum małych wodospadów, błękit nieba zachwycał. Słońce przyjemnie ogrzewało twarz przybysza.
Jednak później dziewiczy krajobraz momentalnie się zmienił. Halt podążając za krukiem znalazł się w jakby zupełnie innym miejscu. Szeroka i dotychczas bezpieczna droga zwężała się tak, że ledwo zmieściłyby się dwie idące obok siebie osoby. Po jednej stronie otworzyła się głęboka przepaść, naprzeciwko rósł las cierni, krzaków i na wpół obumarłych drzew bez liści. Nigdzie nie było widać zieleni, ani grama żywego koloru. Roślinność znikła, ustępując miejsca ostrym, szarym i poszarpanym skałom. W dole urwiska płynęła rwąca rzeka, mająca brązową barwę od muły, który przenosiła. Niebo było zasnute chmurami, lały się z niego strumienie deszczu, wiał porywisty wiatr.
- Ja naprawdę zwariowałem – zwiadowca owinął się ciaśniej płaszczem. Dzięki Bogu, ten jeszcze nie przemókł. Coś czarnego mignęło mu przed oczami.
- Już niedaleko...
Znów ten głos w głowie. Halt z reguły nie wierzył w magię, ale przez ostatnie kilka dni zaczął zmieniać zdanie. Teraz, na przykład, podążał nie wiadomo gdzie za dziwnym krukiem, który potrafił mówić do niego w myślach. Przedtem do głowy by mu nie przyszło, że tak postąpi. Był przecież najlepszym zwiadowcą. Takie zachowani pasowało do Willa lub Gilana, którzy wprost uwielbiali dziwne przygody i rzucali się w ich wir bez zastanowienia.
- Robię się już na to za stary – westchnął. Kątem oka zauważył wyrwę w gęstym lesie, małą polankę, na której mógłby pozostawić konia. Dalsza podróż dla Abelarda była zbyt niebezpieczna. Niewiele trzeba, aby koń potknął się na wąskiej ścieżce i runął w przepaść. Rozsądniej będzie dalej pójść samemu. W końcu kruk powiedział, że już niedaleko.
Starszy zwiadowca uśmiechnął się ponuro. Doszło do tego, że zaczynał wierzyć słowom ptaka. Chore.
- Pośpiesz się, zwiadowco. Zaraz tu będzie...
- Idę, idę – burknął Halt, zostawiając Abelarda, który rzucił mu przeszywające spojrzenie – Nie marudź, niedługo wrócę.
Zanim się oddalił, dosłyszał jeszcze pełne zwątpienia parsknięcie konia. Podążył za krukiem ścieżką, trzymając się przezornie jak najdalej od urwiska. Po dwudziestu minutach marszu i kilku poślizgnięciach się na śliskich kamieniach, zatrzymał się. Kruk siedział na ułamanej gałęzi i spoglądał na niego wyczekująco. Skinął łbem w stronę góry kamieni, które były doskonałą kryjówką. Zwiadowca zwinnie je przeskoczył i ukrył się. Ptak spojrzał na niego z aprobatą, po czym wzleciał wysoko i po chwili zniknął między chmurami. Na odchodnym Halt usłyszał jeszcze ostrzeżenie.
- Już jest, uważaj...
W tej samej chwili, jakieś pięć metrów od Halta pojawiło się czerwone światełko. Rosło i rosło, aż było wielkości człowieka. Zawirowało, w jego wnętrzu pojawił się obraz zielonego lasu. Rozjarzyło się jeszcze bardziej i nagle wyszła z niego postać.
Zwiadowca zamrugał zaskoczony, ale ani drgnął. Szkolenie nie poszło na marne. Pewne zachowania stały się odruchami, nawet o nich nie myślał. Wiedział, że to co się pierwsze rzuca w oczy, to ruch. Jeśli tkwisz ukryty w bezruchu, jest duża szansa, że nikt cię nie dostrzeże.
Postać okazała się być wysoką, piękną, lecz młodą kobietą. Nie miała więcej niż dwadzieścia pięć lat, ubrana w długą i rozłożystą suknię w kolorze butelki wina. Ciągnęła się ona za nią po ziemi, końcówki kreacji były ubrudzone błotem, ziemią, przylepiły się małe gałązki. Kobieta nie zwracała na to uwagi. Halt zauważył długie rude włosy, sięgające do pasa. Twarz miała skrytą w cieniu.
Zwiadowca padł na ziemię, w momencie, gdy nieznajoma skierowała swe kroki w jego kierunku. Podeszła do oddalonej o trzy metry od kryjówki ściany i położyła na niej rękę. Wyszeptała kilka słów i znów pojawiło się światło. Lita skała rozstąpiła się, ukazując wąskie wejście w głąb góry.
Bez wahania kobieta przekroczyła próg i weszła do tunelu. Halt zauważył migające światło. Ukryty korytarz musiał być oświetlony.
Istnieją różni ludzie. Jedni zemdleliby ze zdziwienia i z szoku, inni uciekli gdzie pieprz rośnie. Wyjątkowe osoby wyskoczyłyby zza skał i pognały w stronę znikającej w tunelu postaci, aby wypytać ją o tajniki magii.
Lecz Halt był zwiadowcą. Cechowała ich ciekawość, ale nie głupota. Każdy rozsądny człowiek zorientowałby się, że odkrycie go w tym miejscu nie skończyłoby się zbyt dobrze. Zwiadowcy zawsze kroczyli po cienkiej i niebezpiecznej linii. Balansowali na niej, aby zaspokoić swoją ciekawość, a jednocześnie zapewnić bezpieczeństwo.
Mężczyzna podniósł się z ziemi i nie wydając żadnego dźwięku pobiegł w kierunku zamykającego się przejścia. Prześlizgnął się w ostatniej chwili, skała znów stała się nie do przejścia.
Ruszył do przodu, ostrożnie stawiając stopy na lekko pochyłej powierzchni. Po dziesięciu metrach natknął się na pierwszą pochodnię. Płomień płonął złotym blaskiem, roztaczając wokół siebie tajemniczą poświatę. Korytarz skręcił raptownie i Halt znalazł się przy rozwidleniu. Wsłuchał się w otaczające go odgłosy. Krople wody kapiące na skaliste podłoże, szelest skrzydeł nietoperzy dochodzący z oddali i kroki kobiety, oddalające się i cichnące z każdą sekundą. Dochodziły z prawej odnogi korytarza. Zwiadowca ruszył szybko w tamtym kierunku, obawiając się zgubić w labiryncie podziemnych korytarzy.
Łuk zarzucił na ramię, pilnując jednak, aby w razie zagrożenia mógł po niego szybko sięgnąć. Położył rękę na rękojeści saksy. Krótkie ostrze nadawało się o wiele lepiej do obrony niż strzały w tych wąskich korytarzach.
Nie wiedział ile szedł. Czas dłużył się mu niemiłosiernie, gdy mijał identyczne tunele, podążając za odgłosem kroków rudowłosej kobiety. Raz minął rozległe podziemne jezioro, na którym zauważył małą łódkę. Tak zatracił się w rutynie, że prawie wpadł na nieznajomą. Nie zwrócił uwagi na brak charakterystycznego stukotu butów. Uratował go szósty zmysł, który posiadał prawie każdy zwiadowca. Co prawda większość z nich go ignorowała, ale Halt nauczył się mu ufać. Spojrzał na skaliste podłoże i z zadowoleniem zauważył dużą kałużę wody. W tafli idealnie było widać postać kobiety. Stała przy pięknie rzeźbionych, drewnianych drzwiach. Zapukała. Mrukliwy zwiadowca usłyszał kroki i po chwili wrota się otworzyły.
- Lilith, skarbie. Jak miło, że zaszczycasz mnie swą obecnością – powitał ją męski głos. Dało się w nim wyczuć głęboko ukryty sarkazm, który zwiadowca z trudem wychwycił.
- Cała przyjemność po mojej stronie, Marcusie – powiedziała pokornie, kłaniając się głęboko.
Mężczyzna stojący za drzwiami warknął cicho. Zwiadowca w wodnym odbiciu zauważył, jak jakaś postać wyciąga rękę i chwyta rudowłosą za włosy. Kobieta syknęła, gdy poczuła szarpnięcie.
- Obawiam się, że nie zrozumieliśmy się ostatnim razem. Masz się do mnie zwracać ,,panie” bądź ,,mistrzu”.
Głos rozmówcy Lilith był z pozoru cichy i spokojny, lecz zawierał groźbę.
- Przepraszam, panie. To już się więcej nie powtórzy.
Lilith zacisnęła pięści, aby nie odpyskować. Widać było, że nie jest tak pokorna, jaką udaje. Jej rozmówca zdawał się tym nie przejmować. A może tego nie zauważył? Halt nie znał odpowiedzi na to pytanie.
Nieznajomy cofnął się w głąb pomieszczenia, aby jego towarzyszka mogła wejść. Kobieta uniosła wyżej głowę i wkroczyła do wykutej w skale komnaty, jakby należała do niej. Drzwi zatrzasnęły się cicho.
Halt w mgnieniu oka przypadł do nich. Z zadowoleniem zauważył sporej wielkości dziurkę od klucza, w którą natychmiast spojrzał. Widział Lilith siedzącą na drogiej kanapie z kieliszkiem wina w ręku i kawałek czarnej szaty obszywanej złotą nicią po bokach jej rozmówcy. Twarzy mężczyzny nie widział, podobnie jak reszty pomieszczenia. Mógł tylko stwierdzić, że komnata jest w nie gorszym stanie niż pokój króla na zamku. Widział komodę z wiśniowego drewna, a na niej liczne drogocenne przedmioty. Drogie dywany zakrywały całą podłogę. Tajemniczy mężczyzna z pewnością miał dobry gust.
Drzwi nie były grube, więc po przyłożeniu do nich ucha, zwiadowca bez trudu rozróżniał poszczególne słowa.
- Jak ma się nasz drogi Michael? Wciąż omotany przez ciebie?
- Potulny jak baranek. Musiałam jednak użyć paru zaklęć, bo z jakiegoś powodu nie chciał się we mnie zakochać i spełniać moich poleceń.
Głos Lilith był pełen samozadowolenia i zachwytu, gdy wspominała młodego mężczyznę. Halt po chwili uświadomił sobie, że chodziło o przywódcę Genoweńczyków. Czy to możliwe, aby ten nie porwał króla z własnej woli?
- Jak długo wytrzyma zaklęcie?
- Do końca akcji. Nie ma szans, aby chłopak je przełamał.
- To dobrze, potrzebujemy tej bandy idiotów do odwrócenia uwagi. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, cały świat padnie do mych stóp...
Halt westchnął cicho. Kolejny zły charakter z zapędami na władcę świata? Ostatnio zaczynało się robić tłoczno w tej branży. Liczba idiotów z podobnymi marzeniami wciąż wzrastała, ale byli niegroźni. W przeciwieństwie do tego czarownika. Marcus najwyraźniej miał uknuty jakiś misterny plan. Zwiadowca obawiał się, że nawet cały Korpus nie da rady poradzić sobie z potężną magią. Trzeba było znaleźć jakąś pomoc. W takiej sytuacji Will musiał poczekać. Konieczne było znalezienie jakiegoś prawdziwego czarodzieja, który wspomógłby dzięki swej magii wysiłki zwiadowców. Jednak o czarownika z krwi i kości było bardzo trudno. O człowieku władającym magią nie słyszano od wieków i ludzie przestali w nią wierzyć. Nikt nie zdawał sobie sprawy, że za jej sprawą rośnie tak wielkie niebezpieczeństwo i zagrożenie. Na ulicach i targach można było spotkać licznych oszustów podających się za magów, jednak żaden nie miał mocy.
Mrukliwy zwiadowca będzie musiał zorientować się w nieznany dotąd sobie sposób, czy w ogóle istnieje inny czarodziej. Trudne i prawie niemożliwe do wykonania zadanie. Jednak po latach służby w Korpusie, Halt przekonał się, że nie ma rzeczy niemożliwych. Są zadania wręcz niewykonalne, bardzo ale to bardzo trudne. Ale nie niemożliwe. Lecz jeśli włożysz w to całą swoją siłę i serce stają się łatwiejsze. To właśnie musiał zrobić zwiadowca. Dla Willa, swojej żony, Gilana, zwiadowców i całego królestwa.
- Co mam dalej robić?
Głos Lilith wyrwał Halta z zadumy. Zamyślił się i przegapił część rozmowy.
- Niech zaatakują. To musi tam być. A jak już zdobędziemy klucz, będę mógł pójść i odebrać to, co należy do mnie. Nikt mnie nie powstrzyma. Ani ten przeklęty Lysander ze swoimi duchami, ani pionki, które postawi mi na drodze. Znam go wystarczająco dobrze, wiem jaki wykona ruch. A ja zawsze będę kilka kroków do przodu. Skończy, błagając mnie o śmierć...
- Nie mogę się doczekać – chichot rudowłosej słychać było w całej komnacie. Można było wywnioskować, że i ją ucieszyła perspektywa wspólnego wroga wijącego się w agonii.
- Idź już. Isabelle poinformuje cię o dalszych ruchach. Odwiedzi cię za cztery dni. Masz tyle czasu na wykonanie dotychczasowego zadania. I nie chcę słyszeć o żadnym niepowodzeniu.
- Tak jest, mistrzu – przez dziurkę od klucza Halt zobaczył, jak kobieta podnosi się z kanapy. Szybko schował się w korytarzu naprzeciwko tego, którym tu przyszedł. Miał nadzieję, że Lilith będzie wracać tą samą drogą, inaczej był zgubiony. Kobieta wyszła i stojąc w progu ukłoniła się czarownikowi. Zwiadowca zacisnął zęby ze złości. Marcus znów stał tak, aby było widać tylko skrawek ciemnej szaty. Nawet gdyby spotkał go w podróży, nie rozpoznałby czarodzieja.
Misternie zdobione drzwi zatrzasnęły się cicho. Halt wychylił się ostrożni zza rogu. Rudowłosa kobieta stała jeszcze chwilę w bezruchu. Na twarzy miała przylepiony usłużny uśmiech. Powoli się odwróciła, a pokora i spokój zniknęły. Usta miała wykrzywione w wyrazie złości i szyderstwa.
- Cholerny mag... Kiedyś go dopadnę i pożałuje... - syknęła cicho, lecz te słowa dotarły do uszu zwiadowcy. Najwyraźniej Lilith nie darzyła swojego przełożonego sympatią. Ruszyła szybkim krokiem i skręciła w tą samą stronę z której przyszła.
Halt odetchnął z ulgą i ruszył za kobietą. Mimo pochodni rozstawionych co pięć metrów, zdawał zlewać się z mrokiem. Poruszał się niczym duch. Szedł cicho, jego stopy stawiane ostrożnie na kamienistym podłożu nie wydawały żadnego dźwięku. Płaszcz nie szeleścił, mężczyzna oddychał spokojnie w równym tempie, tak, że nie było tego słychać. Zwinnie omijał przeszkody w postaci kamieni na jego drodze i zdradliwych stalaktytów zwisających ze sklepienia korytarza.
Tym razem marsz trwał krócej, przynajmniej takie wrażenie odnosił zwiadowca. Na końcu korytarza zauważył nagły rozbłysk. Po chwili rozległ się huk. Dotarł do wyjścia, które powoli się zamykało. Kątem oka zauważył zmniejszające się czerwone światełko. Lilith zniknęła.
Na zewnątrz szalała burza. Pioruny uderzały w szczyty gór, niektóre drzewa, choć obumarłe, paliły się jasnym płomieniem. Odrzucił z głowy kaptur płaszcza, który został zarzucony przez wiejący wicher.
- Trzeba się zbierać – mruknął do siebie, po czym skierował swe kroki w kierunku polanki, gdzie zostawił Abelarda. Konik schował się pod drzewami, które zapewniały jako taką ochronę przed deszczem. Zwiadowca już miał dosiąść zwierzę, gdy przez grzmoty przebiło się krakanie kruka. Mężczyzna uniósł głowę. Po prawej stronie, na wysokości jego oczu, siedział jego wcześniejszy przewodnik. Wlepiał w niego swoje diamentowe ślepia, patrząc pytająco. Halt nie wiedzieć czemu poczuł, że musi odpowiedzieć mu na niezadane pytanie, widoczne w oczach ptaka.
- Wszystko słyszałem – powiedział, czując się bardzo głupio. Większość zwiadowców rozmawiała ze swoimi końmi, nie przyznając się do tego. Mrukliwy zwiadowca zastał kiedyś Gilana błagającego Blaze'a o to, aby ten podzielił się z nim kostkami cukru. Co jak co, ale młody zwiadowca wprost ubóstwiał słodycze. Na szczęście miał bardzo szybką przemianę materii, inaczej skutki jego hobby byłyby opłakane.
Ponieważ Halt odniósł wrażenie, że ptak zapytuje o to, czy słyszał rozmowę Lilith i Marcusa, odpowiedział mu właśnie na to pytanie. Kruk wydawał się być usatysfakcjonowany. Rozłożył czarne jak noc skrzydła i nie przejmując się deszczem, wzbił się w powietrze. Dwadzieścia metrów nad ziemią rozjarzył się srebrnym blaskiem i znikł. Na ziemię, tuż przed zwiadowcą, upadło czarne pióro. Zanim ten pochylił się, aby je pochwycić, rozpłynęło się w powietrzu. Nie został po nim żaden ślad. Jakby nigdy nie istniało.
Halt wzruszył ramionami i odwrócił się Abelarda. Koń cicho zarżał.

- Cóż... To było z pewnością interesujące...

*********************************************************************************

Rozdział jest krótki, mało w nim dialogu, ale jakoś pasował mi do ogólnej koncepcji. Niektóre osoby chciały Halta, to mają Halta. Will i reszta towarzystwa zwiadowczego powinna pojawić się za jakieś 2 lub 3 rozdziały.
Za wszelkie błędy ortograficzne i interpunkcyjne przepraszam, ale prawda jest taka, że jestem zbyt leniwa na sprawdzanie tekstu. Może potem...
Pozdrawiam i życzę miłej lektury (mam przynajmniej taką nadzieję)

Przedtem
Mia LOG