Lista utworów

22 listopada 2014

Rozdział VIII

Nocne niebo rozdarła błyskawica. Najpierw jedna, a po niej kolejne. Któraś uderzyła w pobliskie drzewo, które momentalnie zajęło się ogniem. Ten jednak nie palił się długo. Po grzmotach i błyskawicach nadszedł ulewny deszcz. Chmury pozbyły się wody, którą magazynowały przez ostatni tydzień. Strumienie i rzeki wylały, zalewając pobliskie pola uprawne. Rano chłopi będą mieli poważny powód do zmartwień.
Krople bębniły w przeciekający dach, opuszczonej przed trzy laty stodoły. Było tam zimno, mokro, a w sianie biegały szczury. Nikt nie przejmował się, czy trójka więźniów nie zamarznie na śmierć.
- Jestem głodny – powtórzył po raz piąty Horace. Została mu odebrana zbroja, więc biedak w cienkiej koszuli i spodniach trząsł się bardziej niż dwójka zwiadowców. Choć Genoweńczycy każdemu z nich zabrali broń i związali, to zwiadowcze płaszcze pozostały na swoim miejscu. Spisywały się nadzwyczaj dobrze, utrzymując ciepło ciała. Ale nawet ona nie wystarczyły. Ziąb przenikał kości, niezależnie od tego w co człowiek był ubrany.
- Mówiłeś to już kilka razy – burknął Halt, próbując poprawić sobie przekrzywiony płaszcz. Był już starszym człowiekiem, zbliżał się do sześćdziesiątki, więc zimno oddziaływało na niego jeszcze bardziej. Czuł ból w plecach, spowodowany długim siedzeniem w bezruchu. Nogi bolały go niemiłosiernie, Genoweńczycy przywiązali związane ręce więźniów do swoich siodeł i kazali im przejść całą drogę pieszo. Halt zastanawiał się podczas bezustannego marszu, czy nie wygodniej byłoby zemdleć.
Od porwania ich w zamku Araluenu minęło dopiero dwanaście godzin. Podróżowało z nimi piętnastu Genoweńczyków. Reszta została z jakiegoś powodu w stolicy. Jeśli Halt dobrze podsłuchał rozmowę zabójców, w ciągu trzech dni mieli dołączyć do głównych sił Genoweńczyków. A tam w obozie więzionych było czterdziestu-siedmiu zwiadowców oraz król z gwardią przyboczną i doradcami. Stamtąd musieli dotrzeć do portu, załadować się na statek i popłynąć do Genowesy.
Ale Halt z pewnością się tam nie wybierał. Już wolał stracić życie, niż wsiąść na jakiś przeklęty statek. Jedyną rzeczą jaka mogła pokonać starszego zwiadowcę, była właśnie choroba morska.
- Spójrz na to z innej strony, przyjacielu! Zawsze mogło być gorzej... - zaczął Will. Od jakiejś godziny starał się wszystkich rozbawić i pocieszyć, ale i jego siedzenie w bezustannym chłodzie pozbawiało sił.
- Mówiłeś już to. I to tuż przed tym, jak zaczęło lać.
Humor Horacego zależał w dużym stopniu od tego, co zjadł na śniadanie. W ostatnich latach rycerz przyzwyczaił się do wybornych dań, serwowanych przez królewskiego mistrza kuchni, więc brak posiłku był dla niego nie do pomyślenia.
- Jej, nic by się nie stało, jakbyś zauważył moje wysiłki. Przecież próbuję ci tylko poprawić humor!
- Poprawisz go, jeśli wymyślisz jak się stąd wydostać...
- Zamknijcie się obaj! - głos Halta był ledwo słyszalny wśród uderzających o ziemię piorunów.
- Idą tutaj.
W tym samym momencie rygiel w drzwiach zaklekotał i uniósł się. Do środka wtargnął porywisty wiatr w towarzystwie deszczu i mrozu. Jeńcy skulili się pod swoimi płaszczami.
W progu stanęła wysoka postać otulona ciepłym, purpurowym płaszczem. Na głowie miała czarny kapelusz z rondem i pawim piórem, ufarbowanym na czerwono. Twarzy przybysza nie było widać. Księżyc, jedyne światło oświetlające wnętrze stodoły, rzucało cień na jego twarz. W księżycowej poświacie widać także było dziesięć noży przytroczonych do pasa.
Jednak Halt nie potrzebował widzieć twarzy tego mężczyzny. Od razu wiedział, o co chodzi. Najwyraźniej Genoweńczycy postanowili wreszcie zadać im parę pytań.
- Żałosny widok, doprawdy żałosny – powiedział zabójca, podchodząc pewnie do więźniów. Na jego twarzy czaił się pełen satysfakcji i pogardy uśmiech. Halt postanowił za wszelką cenę go usunąć.
- Na szczęście nie tak żałosny jak twój. Twoja żona chyba mdleje ze wstydu na twój widok.
Uśmiech Genoweńczyka zniknął, zastąpiony grymasem wściekłości.
- Milcz, królewski pomiocie!
- Och, co się tak złościsz? Słyszałeś może, że złość piękności szkodzi?
Pierwszy zareagował Will. Najpierw starał się powstrzymać śmiech, lecz na próżno. Chwilę później dołączył do niego Horace.
Genoweńczyk nie mogąc już znieść tego aroganckiego zwiadowcy, podszedł bliżej. Ręka uniosło się w powietrze i sekundę później wylądowała na twarzy Halta. Głowa zwiadowcy odskoczyła do tyłu. Uderzenie było tak mocne, że z nosa pociekła mu krew, plamiąc leżące pod nim siano. Gdy Halt zaśmiał się szyderczo, padł drugi cios. Ten tym razem uderzył w brzuch. Starszy zwiadowca jęknął i osunął się na ziemię.
- Teraz jesteś tam gdzie twoje miejsce, przybłędo! - wysyczał Genoweńczyk, z każdym ciosem kopiąc leżącego przed nim mężczyznę. Gdy skończył, ten próbował się podnieść, opierając się na rękach związanych z przodu. Nie dał jednak rady i upadł ponownie na ziemię. Zabójca chwycił go za poły płaszcza i uniósł na wysokość swojej twarzy.
- Było się nie odzywać, głupcze. Przynajmniej miałbyś szybką śmierć. Teraz postaram się, aby była długa i wyjątkowo bolesna.
Z tym słowami rzucił Halta na ziemię.
- Ten już nam przez jakiś czas nic nie powie – zwrócił się do swojego towarzysza, który opierając się o framugę drzwi, spokojnie przyglądał się scenie, która rozegrał się przed chwilą.
- Mamy jeszcze tych dwóch – odpowiedział drugi mężczyzna, wskazując głową Willa i Horacego, którzy z nienawiścią wpatrywali się w prześladowcę swojego mentora i przyjaciela.
- Zobaczmy czy mogą coś nam powiedzieć, zanim doprowadzimy ich do głównego obozu.
Pierwszy Genoweńczyk uklęknął i przyłożył ostrze sztyletu do gardła Halta. Will który usiłował dokonać niemożliwego i uwolnić się z więzów, zamarł przerażony.
- Jeśli nie odpowiedzą, to z przyjemnością poderżnę mu gardło.
Drugi Genoweńczyk wszedł do stodoły i zamknął za sobą drzwi. W jego ręku pojawiło się krzesiwo i po chwili zapaliła się pochodnia. Trzymający ją mężczyzna był znacznie młodszy od swojego towarzysza. Podczas gdy tamten sięgał już pięćdziesiątki, ten nie skończył nawet trzydziestu lat. Teraz podszedł do Willa i pochylił się nad nim.
- Gdzie jest wasz kolega?
- Jaki kolega? - Will najchętniej rzuciłby się na zabójcę nawet ze związanymi rękami, ale przed tym powstrzymywał go nóż, tkwiący tuż przy szyi Halta.
- Ostatni zwiadowca, którego nie złapano. Był razem z wami w zamku. Więc gadaj gdzie on jest!
Genoweńczyk trzymający Halta, uniósł głowę i uśmiechnął się złowieszczo. Młody zwiadowca natychmiast odrzucił pomysł, by udawać, że nie wie o co chodzi. Mogłoby się to skończyć dla jego byłego mentora tragicznie.
- Nie wiem.
- Doprawdy? A dałbym sobie głowę uciąć, że wiesz gdzie się ukrył.
Chłopak uśmiechnął się tylko.
- To szybko ją stracisz. Nie wiem gdzie on jest. Wyszedł załatwić jakąś sprawę. Wróć do zamku i sprawdź. Może wrócił i z chęcią z tobą porozmawia. Może nawet poczęstuje cię kawą. Nie gwarantuję jednak, że wrócisz żywy z tego podwieczorku.
- Milcz, psie! - nim Will zdążył zareagować, został odrzucony i uderzył boleśnie plecami o ścianę. - Zdradzę ci sekret. Mamy w swoich szeregach czarodzieja. Uszykuje ci on taką śmierć, że nawet sobie nie wyobrażasz. A ty co mi powiesz? - zwrócił się do rycerza.
Horace spojrzał na niego obojętnie. Nie zamierzał pokazać jak bardzo się boi. Zwykle brał przykład ze zwiadowców i dobrze na tym w ostatecznym rozrachunku wychodził. Dodatkowo nienawidził Genoweńczyków i chętnie zdenerwowałby ich jeszcze bardziej.
- Jedyne co ci mogę powiedzieć, to plotki, przesyłane między służkami w zamku. Nic więcej nie wiem. W końcu jestem tylko rycerzem. Mogę opowiedzieć wam o polityce naszego kraju i o władaniu mieczem. Ale od myślenia i przechowywania informacji mamy zwiadowców. Przykro mi, że jestem niedoinformowany.
- Ty... ty...
- Jeju.... Spokojnie, weź głęboki oddech. Inaczej się udusisz. A to byłaby niepowetowana strata. Nawet ciężko mi o tym myśleć...
- Zamknij się! Na Bellonę, zamknij się! - wrzeszcząc przezwiska i obrażając jeńców, młodszy Genoweńczyk podszedł do swojego kompana, który właśnie wstawał i chował nóż do pochwy. Starszy westchnął. Jego towarzysz zbyt szybko tracił zimną krew, zbyt szybko dawał się sprowokować. Kiedyś mogło to przesądzić o jego życiu.
- Uspokój się. Uparli się i nic na to nie poradzimy. Może Leonardo będzie umiał coś z nich wydobyć.
Drugi Genoweńczyk westchnął. Popatrzył na wnętrze stodoły, po czym zwrócił się do zwiadowców i rycerza.
- Wytłumaczcie mi coś. Czy wam życie nie jest miłe? Gdybyście nam powiedzieli gdzie się udał wasz przyjaciel, ocalilibyście życie. Czy jeden człowiek jest warty śmierci? Nie łatwiej byłoby go wydać?
- Pozwól więc, że ci wytłumaczę – Halt podniósł głowę w spojrzał na młodszego z zabójców. Starszy przysłuchiwał się temu z ciekawością. Także chciał poznać odpowiedź na nurtujące go od pół godziny pytanie.
- Horace jest rycerzem. Ślubował, że nie zdradzi nigdy nikogo ze swoich przyjaciół. Dla niego honor i przestrzeganie przysięgi jest najważniejsze. Z kolei my, w Korpusie Zwiadowców mamy jedną zasadę. Niewiele osób o niej wie, więc czuj się zaszczycony – dodał z sarkazmem. - Słyszałeś może o muszkieterach?
- Tak, to zakon obrońców królewskiej rodziny w Galii. Istniał jakieś dwieście lat temu.
- Nasz Korpus liczy sobie czterysta lat. To od nas przejęli swoje motto.
- I niby to motto jest odpowiedzią na pytanie? - zapytał sceptycznie starszy zabójca. Nie miał ochoty na wykład z historii świata.
- Tak.
- Więc jak ono brzmi? - spytał młodszy. Osobiście bardzo interesował się historią i choć był zabójcą, za wszelką cenę chciał zdobyć wiedzę, o której innym nawet się nie śniło.
- ,, Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”, Tu chodzi o przyjaźń. Dlatego go nie wydaliśmy.
- Chodź już – starszy Genoweńczyk pociągnął swojego towarzysza za ramię. - Kolacja czeka.
Dodał to z premedytacją, patrząc po kolei na każdego z jeńców. Oni dostanę skromny posiłek dopiero jutro wieczorem. A go czeka teraz wspaniała uczta. A jeszcze większa i bardziej wystawna, gdy dotrze już do głównego obozu nad skrajem morza, gdzie stacjonuje Michael.
Po chwili obaj zniknęli za drzwiami. Rygiel opadł na swoje miejsce. Żaden z nich nie zauważył, że starszemu Genoweńczykowi brakuje przy pasie jednego noża.
- Jacy nieostrożni – mruknął z satysfakcją Halt. Chwilę później więzy opadły na ziemię. Zwiadowca podszedł do Willa i ukląkł przy nim. Musieli się stąd jak najszybciej wynieść. Wzmianka o czarowniku bardzo zaniepokoiła Halta. Od lat krążyły plotki, że na kontynencie żyje kilka osób, które potrafią posługiwać się magią. Musieli to koniecznie sprawdzić.
- Nie, Halt.
- Co? - spojrzał zdziwiony na swojego byłego ucznia. Will popatrzył na niego ze smutkiem.
- Muszę tu zostać. Horace nie da rady uciec. Od razu go zauważą. A ja go nie zostawię samego.
- Bzdury – burknął zwiadowca. Mógł przewidzieć taki obrót sytuacji. Takie postępowanie było tak charakterystyczne dla Willa. - Jakoś uciekniemy. Razem można odwrócić ich uwagę, a wtedy...
- Halt, proszę Cię. Pomyśl. Doskonale wiesz, że nam się nie uda. A trzeba jak najszybciej zająć się sprawą tego czarownika. Musisz znaleźć też Gila i odbić króla i resztę Korpusu. Ja sobie poradzę.
- Ale Will...
- Powiedz mi: czy ja kiedykolwiek Cię zawiodłem?
- No nie – mruknął zwiadowca. Doskonale zdawał sobie sprawę, że jego uczeń ma rację. - To ja zostanę, a ty idź.
- Masz większe doświadczenie. Jesteś najlepszym zwiadowcę jakiego miał kiedykolwiek Korpus. Tylko ty dasz sobie radę. Ten czarodziej to bardzo poważna sprawa. Proszę, zaufaj mi. Poradzę sobie. Przypilnuję, żeby mi ani Horacemu nic się nie stało. To najlepsze wyjście. Poza tym w okolicznych wioskach nie znajdziesz więcej niż jednego konia, a jakoś musisz pojechać. Więc możesz iść tylko ty.
- W porządku. Horace, zgadzasz się?
Rycerz tylko kiwnął głową.
- Idź, Halt. A jak spotkasz tego czarodzieja, to kopnij go ode mnie w tyłek. Tylko mocno.
- To da się zrobić – na ustach zwykle ponurego zwiadowcy powoli zagościł uśmiech. Cicho, wtapiając się w ciemność, ruszył do drzwi. Zanim za nimi zniknął, usłyszał jeszcze głos Willa.
- Pozdrów koniecznie Wyrwija i Gilana. Pewnie się stęsknili.
Halt był pewien, że kto jak kto, ale Wyrwij, koń i zarazem przyjaciel jego ucznia się stęsknił. Prawdopodobnie najchętniej stratowałby wszystkich Genoweńczyków, jeśli tym sposobem mógłby się dostać do swojego właściciela.
- Pozdrowię.
I zlał się z tłem. Zabójcy popełnili błąd pozwalając zachować zwiadowcom ich płaszcze. Sami dali im broń do ręki.
***

W obozowisku Genoweńczyków paliły się liczne ogniska. Nikt nie zauważył ciemnej postaci, która wślizgnęła się do zbrojowni. Nick nie zauważył braku łuku, strzał i noży, które zostały skonfiskowane więźniom.
Wszyscy bawili się wokoło ogniska. Świętowali dotychczasowe zwycięstwa. Byli czujni, lecz jeszcze nieświadomi, że trafili na trudny orzech do zgryzienia. W Araluenie nie pójdzie im tak łatwo jak w innych krajach. Dużo osób chciało im w tym państwie stawić opór. Byli rycerze, baronowie, którzy gromadzili się na zamku w lennie Redmont i szykowali plan odbicia króla. Jednak tylko pięć osób było w stanie obrócić ich plany w proch. A jedna z nich stała na wzgórzu ponad obozem, niewidzialna dla innych niczym zjawa.
Halt podniósł głowę i spojrzał w niebo. Burza już dawno przeszła, a sklepienie było pełne gwiazd. Bez problemu odnalazł konstelację Strzelca. Uśmiechnął się ponuro.
Następnie spojrzał na obóz i stodołę za nim.

- Odnajdę cię, Will. Nieważne dokąd Cię zabiorą. Przysięgam.

Jest nowy rozdział. Strasznie ciężko mi się go pisało. Nie wiem czemu. Może dlatego, że jestem chora?
Ok, nie rozpisuję się, bo nie zdążę na pociąg. A Kosogłos nie może czekać!
Pozdrawiam :)






07 listopada 2014

Rozdział VII

- Jak to Go nie znaleźliście?!
Głos Michaela słychać było w całej karczmie. Przerażony właściciel oberży skulił się w kącie. Najchętniej otworzyłby drzwi i zwiał ile sił w nogach, ale Genoweńczycy to przewidzieli. Gdy tylko wtargnęli do gospody wypędzając gości, natychmiast pochwycili żonę oraz córkę mężczyzny i zamknęli w pokoju na górze, który przez cały czas pilnowali. Biedak musiał być całkowicie posłuszny, inaczej ukochane mu osoby czekałaby śmierć.
Michael wraz ze swoimi doradcami siedział przy długim stole i właśnie wysłuchiwał sprawozdania z napadu na zamek Araluenu. Nie były to jednak dobre wieści.
- Panie, obserwowaliśmy go tak, jak kazałeś. Tuż przed atakiem wszedł z jakiegoś powodu do starej kaplicy. Vincent ucieszył się, że chłopak jest w pułapce i kazał atakować. Skierowaliśmy się w stronę kaplicy, ale zatrzymały nas straże królewskie, musieliśmy się rozproszyć. Dzięki temu udało nam się złapać dwóch pozostałych zwiadowców i jakiegoś rycerza. Wszyscy osobno ruszyliśmy w kierunku świątyni. To Vincent tak zdecydował. Powiedział, że pojedynczo nie zostaniemy zauważeni i bez problemu pojmiemy chłopaka. Ja też skierowałem tam swe kroki panie i...
Tu zabójca zająknął się, odtwarzając w myślach straszny widok, który zastał nieopodal kaplicy.
- I co? - głos Michaela był zimny, jakby nie obchodziło go, co stało się z jego ludźmi. Może w pewnym sensie to była prawda. Jego jasnobrązowe włosy połyskiwały w blasku świec, a szare oczy otoczone czarnymi jak smoła rzęsami wyrażały ewidentnie znudzone niekompetencją jego ludzi. Wysłał ich do zamku trzydziestu, a oni nie potrafili złapać jednego chłopaka. I co z tego, że był zwiadowcą? Dla tak dużej grupy zabójców nie powinien stanowić problemu. Coś tu jest nie tak...
- Trupy. Ich trupy, były wszędzie. Nikt kto tam poszedł, nie przeżył. Ciała wyglądały jak zmasakrowane przez jakąś bestię! Nie żartuję, panie! To jakiś potwór, ale było też kilka czystych cięć w gardło. Ktoś wiedział co robi.
- Widzieliście kogoś, kto kręcił się w pobliżu kaplicy?
- Paolo coś wspominał... Mówił, że widział jakąś dziewczynę ubraną na czarno, która zabijała dwóch Genoweńczyków. Ale nikt mu nie wierzy. No bo to dziewczyna, panie. Jak mogłaby zabić naszych zabójców? To niemożliwe.
- W swoim dwudziestopięcioletnim życiu dowiedziałem się, że wszystko jest możliwe. Faktem jest, że była jakaś dziewczyna w pobliżu świątyni, a chłopak jak przedtem mówiłeś, zniknął. Wychodzi na to, że mu pomogła.
- Skoro tak twierdzisz, mistrzu...
- Tak właśnie twierdzę – Michael spiorunował posłańca wzrokiem. Nie lubił, gdy przerywano mu rozmyślania. - Dlatego idź teraz do tej bandy niedojdów, którzy śmią nazywać się Genoweńczykami i przekaż, że jeśli nie znajdą chłopaka i tej dziewczyny w ciągu tygodnia, to pożałują, że się urodzili.
Posłaniec skłonił się z pokorą i ruszył w kierunku drzwi. Po chwili trzasnęły one za Genoweńczykiem.
- Wy też, wynocha – doradcy posłusznie oddalili się do swoich pokoi. Michael nie był w dobrym nastroju i żaden z nich nie chciał go denerwować. Mogli przez to nawet stracić życie. Po pięciu minutach przy stole został tylko dowódca oraz jego osobisty doradca i zastępca, Leonardo Valdez. To on, jako jedyny z Genoweńczyków, nie bał się gniewu swojego przełożonego. Zwykle przebywał w cieniu, z dala od innych. Ale wiedział, kiedy wziąć sprawy w swoje ręce, czym zyskał wysoką pozycję w społeczeństwie zabójców.
- Co o tym myślisz? - głos Michaela Descouedresa był cichy, spokojny, opanowany. Najwyraźniej pogodził się już z niepowodzeniem i planował zemstę. - Ja muszę znaleźć ten miecz! Nawet za cenę życia. Mojego życia, życia wszystkich ludzi!
- Ależ oczywiście – Leonardo wpatrywał się w drugiego mężczyznę brązowymi oczami. Czarne włosy opadały mu na czoło. Miał trzydzieści lat, ale dzięki przebywaniu na świeżym powietrzu, wyglądał o wiele młodziej. - To nasz priorytet, panie. Nikt nie może się o tym dowiedzieć.
- No przecież wiem. Ale to, że ten zwiadowca zniknął, bardzo mnie niepokoi. A jeszcze bardziej ta dziewczyna. Masz jakiś pomysł?
Valdez milczał, wpatrując się ponuro w okno, za którym szalała wichura. Karczmarz już dawno się ulotnił.
- Jest coś, czego Ci nie powiedziałem, panie – jego oczy sprawiały wrażenie nieobecnych. - Pamiętasz, jak zmietliśmy z powierzchni ziemi Zakon Asasynów z Czarnej Wieży? Wtedy dowodził nami Julio, twój poprzednik.
- Pamiętam. Nie brałem w tym udziału, miałem tylko siedem lat. Ale ty tam byłeś.
- Tak, to było osiemnaście lat temu. Jak ten czas leci! Byłem najmłodszy, tylko dwanaście lat. Już wtedy chciałem zdobyć wysoką pozycję, więc zgłosiłem się na zwiady. Znalazłem polanę z czarną wieżą... To była cudowna noc! Wyrżnęliśmy ich wszystkich w pył!
- Co to ma wspólnego z naszą sytuacją? Doprawdy, twoje opowieści są fascynujące, ale nie mam niestety czasu. Aż mi serce z tego powodu pęknie. Naprawdę żałuję – zakpił Michael.
Leonardo widząc, że dziś nie pochwali się swoimi młodzieńczymi osiągnięciami, wrócił do tematu, który z taką łatwością porzucił.
- Poszedłem tam, panie. Do zamku Araluen. Widziałem te wszystkie trupy. Jeden z nich trzymał w ręce to – zabójca rzucił na stół kawałek czarnego materiału. Był on pomięty, poplamiony zaschniętą krwią i wyglądał, jakby ktoś siłą oderwał go od ubrania przeciwnika. Ale nie to najważniejsze. W oczy rzucał się przerażający symbol, wyszyty srebrną nicią. Ludzka czaszka przebita sztyletem, a pod nią skrzyżowane miecze.
- Obawiam się, panie, że nie wykonaliśmy wtedy dobrze swojego zadania. Jestem tego nawet pewny – Valdez spojrzał z nienawiścią na herb. - Ktoś z Zakonu Asasynów Czarnej Wieży ocalał.
- Cholera.
***

Godzinę później Michael Descouedres szedł zmęczony ciemnym korytarzem. Cienie rzucały na podłogę przerażające wzory, cisza panująca wokół była niepokojąca. Gdzieś obok nóg mężczyzny prześlizgnął się szczur. Okiennice skrzypiały i waliły o framugi okien, niezdolne stawić opór wichurze szalejącej na zewnątrz. Wśród wiatru na ulicy siedzieli bezdomni, trzęsąc się z zimna, przymierając z głodu i z ponurą miną wpatrując się w opuszczoną willę, którą dowódca Genoweńczyków wybrał na swoją siedzibę, w czasie pobytu w tym podupadającym miasteczku.
Michael nie przejmował się ciemnością, wyjącym wiatrem i faktem, że jest zupełnie sam w ponurym dworze, niegdyś zamieszkanym przez bogatą szlachtę. Miał na głowie inne problemy. Pomysł, że dziewczyna widziana przez jego podwładnych jest jedyną pozostałą zabójczynią z Zakonu przerażała, ale też wzbudzała w nim gniew. Z pewnością to ona zabrała młodego zwiadowcę, który był mu potrzebny. Descouedres nie był pewny, czy któryś z jego ludzi byłby w stanie ją pokonać.
- Nie martw się, skarbie. Ja się zajmę tą suką.
Wokół niego rozległ się bezcielesny głos. Melodyjny i mroczny mamił i sprawiał, że Michael był zdolny zrobić wszystko. A wcale nie chciał. Nie mógł jednak nic poradzić, że na widok jego rudowłosej właścicielki jego serce zaczynało wykonywać coraz szybsze uderzenia. Kobieta była piękna, seksowna i uwodzicielska. Szybko owinęła sobie chłopaka wokół palca. Potrafiła go nakłonić do wszystkiego. Dowódca nie był pewny dlaczego, ale miał wrażenie, że nie mógłby się jej przeciwstawić. Niepokoiło go to, bo nigdy jeszcze nie oszalał tak na punkcie płci pięknej. Dwa lata temu zastawiła na niego sidła, a on pokornie w nie wpadł. I było mu w nich tak dobrze, że nie miał zamiaru się z nich wydostać.
- Ty się skup na znalezieniu miecza. Będziemy wtedy niepokonani. Zrobisz to, prawda mój piękny chłopcze?
- Tak, oddam za to nawet swoje życie.
Drzwi przed którymi sekundę temu się zatrzymał, otworzyły się. W półmroku stała w nich młoda kobieta, o jakieś dwa lata starsza od Michaela. Jej rude włosy spływały na ramiona, zielone oczy iskrzyły w świetle księżyca, które wpadało przez okno. Miała na bardzo krótką i obcisną zieloną sukienkę z dużym dekoltem. Dzięki głębokim wycięciu na plecach ubranie zasłaniał bardzo niewiele.
Michael przełknął ślinę na jej widok. Oczywiście nie ze strachu. Kobieta zobaczyła to i uśmiechnęła się usatysfakcjonowana z efektu. Szybko wciągnęła Genoweńczyka do pokoju i zamknęła drzwi na klucz. W mgnieniu oka przyszpiliła chłopaka do ściany, przywierając do niego całym ciałem.
- Dobra odpowiedź – jej głos w rzeczywistości był jeszcze piękniejszy. - Bardzo dobra.
Palce kobiety wędrowały po klatce piersiowej Michaela, powoli zbliżając się do guzików na szyi. Po chwili ten biały materiał leżał na ziemi, zupełnie niepotrzebny. Dłonie rudowłosej zaczęły zsuwać się coraz niżej, co wywołało szybki oddech chłopaka.

- Pozwól więc, że cię wynagrodzę – przycisnęła usta do ust chłopaka i śmiało wsunęła w nie język. Oderwała się na chwilę, aby spojrzeć mu w oczy. - I uwierz mi, piękny chłopcze, zrobię to z prawdziwą przyjemnością.


 
*****************************************************************************
Jest rozdział VII. Zabrało mi trochę czasu napisanie go, a jest krótki. Bardzo krótki. Chyba mam chwilowy brak weny. Ale jestem pewna, że niedługo ona wróci.
Ten rozdział jest taki... inny. To chyba odpowiednie słowo. Ale w końcu Adriana i Gilan to zupełnie inna bajka (nie dosłownie) niż Genoweńczycy. Nie wiedziałam co zrobić z tą końcówką, ale w końcu teką ją wstawiłam, jak widzicie powyżej. Nie wiem czy to był dobry wybór, ale stało się.
Miałam zamiar wprowadzić w tym rozdziale Halta, ale stwierdziłam, że akurat on zasługuje z pewnością na osobny rozdział. Teraz muszę pomyśleć i poukładać sobie pomysł jakie wpadną mi do głowy.
Pozdrawiam :)
Mia LOG