Lista utworów

19 września 2014

Rozdział II

- Chodźmy, szybko! - krzyknął Halt, zrywając się z ziemi i biegnąc w kierunku konia. - Może zdążymy ich jeszcze ostrzec. Może udało im się pokonać Genoweńczyków. Może...
- Uspokój się, Halt! Pomyśl chwilę dobrze wiesz, że jest już za późno. Jesteśmy blisko miejsca zgromadzenia. Czujesz zapach ognisk? Rozmowy, jakieś krzyki?                       
Gilan dobrze wiedział, że panika starego zwiadowcy była spowodowana troską o jego byłego czeladnika. Na samą myśl, że chłopcu mogło się coś stać, zwiadowcę przechodziły ciarki po plecach. Musiał jednak nakłonić Halta, aby zaczął myśleć.
- Nie, masz rację. Przepraszam, poniosło mnie. Ale jeśli pomyślę o tym, że Will może być w rękach tych bandziorów to... - zwiadowca nie był w stanie dokończyć zdania.
- Powinniśmy zobaczyć, co się stało. Wtedy pomyślimy, co mamy zrobić - zaproponował wysoki zwiadowca.
Halt skinął głową. W jego oczach pojawił się stalowy błysk. Każdy kto stanie mu na drodze w najbliższym czasie będzie miał przechlapane.
- Chodź, staruszku! - zawołał żartobliwie Gilan, idą pewnym krokiem przez pobojowisko w stronę konia. Nagle jego oczy zarejestrowały jakiś błysk w trawie, tuż obok ciała wierzchowca bojowego. Zaciekawiony chłopak podszedł bliżej, starając się omijać wszystkie kałuże krwi, co było nie lada wyczynem. Jego oczom ukazał się mosiężny naszyjnik. Na ozdobie wyryto herb, złocistego lwa pożerającego węża. Zwiadowca zamarł w miejscu przerażony. Doskonale wiedział do kogo należał. Gdy był mały widywał go każdego dnia. W jego pokoju znajdował się podobny symbol, także nad wrotami do zamku, który był własnością rodziny Lancasterów. A medalion należał do jego ojca. Który został porwany przez Genoweńczyków...
- Halt, z królem byli najważniejsi obywatele królestwa. Stratedzy, mędrcy, dowódcy lenn i Szkół Rycerskich. - powiedział powoli, próbując oswoić się z myślą, że Araluen został pozbawiony prawie wszystkich ludzi, którzy potrafili dowodzić i obronić go przed najeźdźcami.
Starszy zwiadowca podszedł do chłopaka, kładąc mu rękę na ramieniu. Wiedział co przeżywa. Strata ojca, nawet dla kogoś tak optymistycznego jak jego były czeladnik była wielkim ciosem. Halt sam martwił się o Willa, lecz młodzieniec był sprytny, więc z łatwością wydostanie się z niewoli i ucieknie. Jednak sir Dawid był największym rycerzem królestwa i dowódcą wojsk. Nic nie zmusi go do haniebnej ucieczki i opuszczenia swojego króla, nawet groźba śmierci. Jego honor i duma po prostu by tego nie zniosły. Na szczęście zwiadowcy nie przejmowali się tak błahymi sprawami. Istnieje w takim razie możliwość, że...
Zaprzątnięty myślami zwiadowca zbyt późno zdał sobie sprawę z poczucia zagrożenia. W tym wypadku nawet Gilan nie wyczuł niebezpieczeństwa, a przecież był na to wyczulony.
Z szybkością i pewnością spowodowaną latami ćwiczeń mężczyzna wyjął z kołczana strzałę, chwycił łuk i wycelował w stronę, z której usłyszał podejrzany hałas. Gilan spojrzał na niego ze zdziwieniem. W ciągu sekundy otrząsnął się z otępienia i zerwał się na nogi, ściskając w ręce miecz.
Hałas z prawej strony lasu nasilił się. Halt napiął cięciwę i czekał.
Wtem z lasu wybiegł młody chłopak. Całe ubranie miał podarte, a brązową czuprynę potarganą. Za nim powiewały resztki szaro-zielonego płaszcza, a całe ubranie miał we krwi. Twarz i ręce umazane ziemią, co sprawiło, że wyglądał jak siedem nieszczęść.
Serce Halta zalała fala ulgi. Opuścił łuk, jednak nie zdjął strzały z cięciwy. To dziecko mogło być przynętą.
Chłopak rozejrzał się zdezorientowany widokiem rzezi i dwóch postaci pośrodku niej. Niepewnie zaczął się cofać. Prawdopodobnie wziął zwiadowców za morderców. Zacisnął ręce w pięści i nie odrywając wzroku od mężczyzn, zrobił następny krok w stronę lasu.
Wtem cała polanę wypełnił radosny śmiech Gilana.
Dziecko zatrzymało się zaskoczone i jeszcze raz przyjrzało dwóm zwiadowcom. W chwili, gdy młodzieniec ich rozpoznał, w jego brązowych oczach pojawiły się iskierki pełne radości i ulgi.
- Halt! Gilan! - zawołał biegnąc ku nim.
W momencie, gdy usłyszał głos, Halt uświadomił sobie, kto to jest.
- Will!!
***
Adriana Miramontes zacisnęła usta w wąską kreskę. Z ponurą miną obserwowała zamek. Był dobrze strzeżony. Ale nawet dziesięciotysięczna armia nie stanowiłaby dla niej przeszkody. Jeśli dostała zadanie to je wykonywała nie patrząc na konsekwencje.
A jej zadaniem było zabójstwo Charlesa di Britania.
Dziewczyna obserwowała wysoko postawionego arystokratę przez ostatni tydzień. Po oględzinach stwierdziła, że faktycznie zasłużył na śmierć. Bił żonę, dzieci, gwałcił służące oraz nękał i karał nielitościwie chłopów. Taki człowiek, według oceny Adriany nie miał prawa żyć. Dodatkowo zabójczyni dostawała za wykonanie zlecenia niezłą sumkę.
Zegar wybił pierwszą w nocy. Dziewczyna po cichu zsunęła się z drzewa, lądując na dachu pomieszczeń gospodarczych, należących do dworku szlachcica. Z łatwością utrzymując równowagę przemknęła przez pochyłą powierzchnię. Powoli, nie wydając żadnego dźwięku, zbliżyła się do krawędzi i spojrzała w dół. Dziesięć metrów niżej przechadzał się strażnik. Był już wyraźnie zmęczony i znudzony. Dla niego pomysł, że ktoś może zaatakować dwór, był absurdalny. Mężczyzna zatrzymał się i nieświadomy niebezpieczeństwa, zaczął jeść chleb z serem, zabrany zawczasu ze stróżówki.
Mały sztylet, należący do Adriany, poszedł w ruch. Po chwili strażnik runął cicho na ziemię z poderżniętym gardłem.
Zabójczyni zeskoczyła z dachu, rozglądając się dookoła. Za swoimi plecami zauważyła drzwi. Otworzyła je kopniakiem i wrzuciła ciało zamordowanego strażnika. Następnie, niezauważona przez pozostałych ludzi, wtapiając się w cień pomknęła w kierunku wieży, w której miał swoją sypialnie Charles. Po drodze natknęła się na dwóch strażników, nieświadomych jeszcze, co spotkało ich wspólnika. Tym razem dziewczyna użyła quattro. Dokładnie rzucone, śmiertelnie ostre gwiazdki utkwiły w piesi mężczyzn.
Nieczuła na krew, Adriana szła dalej. Przemykała przez noc jak cień. Szła pewnie przed siebie, ściskając w dłoni rękojeść miecza, odziana na czarno, za nią powiewająca czarna peleryna. W oddali usłyszała alarm. Ktoś znalazł martwych strażników. Ale nic, nawet dekonspiracja nie mogła jej już zagrozić. Szła dalej podobna do śmierci.
Po krótkim czasie dotarła do stóp wieży. Nie zawracając sobie głowy szukaniem schodów, chwyciła po prostu wystający kamień i rozpoczęła wspinaczkę. Podążała w górę sprawnie, szukając kolejnych wyłomów w murze. Miała doświadczenie. Nie robiła tego po raz pierwszy.
- To zabawne, że wszyscy arystokraci sądzą, że będą bezpieczniejsi w wieży - mruknęła do siebie rozbawiona, nie przerywając wspinaczki.
Pięć minut później dotarła do okna sypialni szlachcica. Na dole słyszała zaalarmowanych strażników, biegnących do swojego pana i nawołujących go.
W chwili gdy przeskoczyła przez parapet, Charles podniósł się z posłania. Był grubym mężczyzną z rudymi, siwiejącymi włosami. Przez chwilę próbował dojrzeć powód paniki straży. Jednak w półmroku nic nie widział.
Adriana ruszyła w jego kierunku, wyciągając miecz z pochwy. Nie było z nim jego żony. Prawdopodobnie leżała pobita w kuchni, starając się ukryć to przed dziećmi. Niedługo poczuje ulgę, gdy ten człowiek zniknie z tego świata.
Charles di Britania otworzył oczy z przerażenia, gdy przyzwyczaiły się wystarczająco do ciemności. Wiedział bowiem, że zobaczył swojego kata. Stała wyprostowana, pewna siebie, oblewana z tyłu przez światło księżyca wpadające przez okno. Dzięki temu mógł ujrzeć jej twarz. Nawet w takich okolicznościach, zmuszony był przyznać, że była piękna. Czarne, kręcone włosy opadały na ramiona, a z bladej twarzy patrzyły na niego zielone oczy. Ich wyraz był przerażający, o wiele bardziej przerażający niż srebrny miecz, połyskujący jej w dłoni. Były bowiem bez wyrazu. Jakby nie obchodziło jej co się stanie z nim, z innymi ludźmi, z całym światem. Charles widział już takie oczy u kilku osób. Jedyny cel ich życia stanowiła zemsta. Zlękniony, wcisnął swoje pulchne ciało w materac.
- Nie, błagam... - zaskomlał.
- Trzeba było o tym pomyśleć zanim zacząłeś bić swoją rodzinę, I za nim zaszedłeś za skórę mojemu pracodawcy - w pokoju rozległ się zimny, dziewczęcy głos. Szlachcic stwierdził, że należy do dwudziestodwuletniej kobiety.
- Błagam! Ja się zmienię! Nie będę już... - dalsze słowa zniknęły w bulgocie, wydobywającym się z gardła mężczyzny. Srebrny miecz śmignął w powietrzu i po chwili był cały we krwi nieszczęśnika.
Adriana pochyliła się nad nim z zimnym uśmiechem na ustach. Patrzyła w brzydkie, szare oczy, z których szybko uciekało życie.
- Lord Valerian pozdrawia - oznajmiła głosem pełnym sarkazmu. Zdążyła zobaczyć zrozumienie w oczach swojej ofiary, zanim ta wyzionęła ducha.
Na schodach słychać było, biegnących żołnierzy.
Niestety, na pomoc było już za późno. Zabójczyni wytarła miecz o koszulę martwego, wsadziła broń do pochwy i swobodnym krokiem ruszyła w stronę okna. Po chwili rozpłynęła się w ciemności. Jedynym znakiem jej obecności było martwe ciało szlachcica i melodyjny śmiech, który wciąż było słychać w powietrzu, gdy przybyli strażnicy.

***************************************************************************
Więc miało być inaczej.
Miałam najpierw napisać kilka rozdziałów na brudno, a później je wstawić. Jednak wyszło inaczej. Następny rozdział pojawi się, kiedy będę miała czas. A za dużo go ostatnio nie mam. Może się pojawić za tydzień albo nawet za trzy. To zależy jak się ułoży.Proszę o komentarze i o poprawianie błędów.
Mentrix

18 września 2014

To znowu ja...

Cóż...
Długo mnie nie było. Zaczęłam czytać inne książki i nie miałam natchnienia i chęci na pisanie tego opowiadania. Jednak, iż zbliża się data wydania nowej książki autora zwiadowców, wena wróciła i zamierzam kontynuować. Najpierw chcę napisać trzy rozdziały w zeszycie, dopiero wtedy przepiszę na komputer. Jestem teraz w trzeciej gimnazjum, mam konsultacje i nie wiadomo po co zgłosiłam się do trzech konkursów. Dlatego też, rozdział pojawi się najszybciej na początku października.
Pozdrawiam, 
Mentrix
Mia LOG