Lista utworów

27 lutego 2016

Rozdział XXIV

– Możemy się zatrzymać? Chciałbym przypomnieć, że w przeciwieństwie do twojego, mój koń nie jest osiodłany. To odrobinę niewygodnie, nie wspominając już o twojej ranie, którą należałoby opatrzyć, zanim wda się zakażenie.
W odpowiedzi na narzekania Gilana Adriana mocniej zacisnęła usta. Uparcie milczała przez ostatnie trzy godziny, przedzierając się przez kolejne zarośla i pnącza. Miała wrażanie, że cały las robił jej na złość, specjalnie zagradzał drogę. A irytujący głos zwiadowcy nie pomagał. Tym bardziej, że rana w ramieniu piekła coraz bardziej. Próbowała zapomnieć o bólu, ale chłopak najwyraźniej wziął sobie na cel przypominanie jej o nim.
Nie mogli się zatrzymać. Nie wiedziała, na jak długo unieruchomiła Lilith. Nie miała wątpliwości – jej dawna przyjaciółka przeżyła zawalenie murów. Już w dzieciństwie przejawiała niesamowite zdolności magiczne. Babcia Adriany, choć nieomylna w przepowiadaniu przyszłości, nie znała wielu zaklęć, które rozwinęłyby dar rudowłosej. Najwyraźniej dziewczyna samo znalazła sobie nauczyciela, przy okazji pomagając mu wybić cały Zakon.
– Adriana? Twoje ramię nie chce przestać krwawić. Zatrzymajmy się.
Znów zignorowała prośbę. Najważniejsze było teraz określenie celu podróży. Na myśl przychodziło jej tylko jedno miejsce, ale niezbyt miała ochotę tam wracać. Choć to właśnie w posiadłości pośrodku Czarnej Puszczy znalazła kogoś, kogo mogłaby nazwać przyjaciółką. Było to naciągane określenie, ale to właśnie Angeline była go najbliżej. Jednak…
– Cazador, nie bądź nieczuły. Zatrzymaj się, bo twoja pani się wykrwawi i umrze.
Co on…?
Koń stanął. Wrył kopyta w ziemię i ani drgnął, gdy spięła go kolanami. To było nie do pomyślenia, aby słuchał się kogoś innego. Przeklęty zwiadowca. Ona próbuje ich ratować, a on tylko przeszkadza. Pociągnęła za lejce, próbując zmusić Cazadora do dalszego marszu. Nic. Zwierzę stało uparcie, nie reagując na jej działania.
Westchnęła ciężko, odwracając się, aby zgromić Gilana wzrokiem. Wpatrywał się w nią zadowolony, już wcześniej zsiadł z konia i teraz przeszukiwał swoje torby podróżne. Dziwne, że zdążył je chwycić, zanim wybiegł z Wieży.
– Zsiadaj. Już – rzucił tonem nieznoszącym sprzeciwu, podchodząc do niej. Zacisnęła zęby, zeskakując na ziemię. Ramię pulsowało tępym bólem, upewniając ją, że nie jest to powierzchowna rana. Jeśli opatrzy się ją teraz, nie będzie stanowiła zagrożenia dla życia. Lecz przecież mogła jechać jeszcze godzinę, nic to by nie zmieniło, a oddaliłoby ich od Lilith. Chociaż to nie jej powinna się bać, a tego, który ją wysłał. Musiała porozmawiać z Gilanem na temat medalionu, ale trzeba było znaleźć jakieś ustronne miejsce. Najlepiej pełne magicznych ksiąg, bo zabójczyni niewiele wiedziała o złotym przedmiocie. Co znów sprowadzało ją do dworu w gęstym lesie.
– Jesteś upierdliwy – mruknęła, pozwalając się posadzić na trawie. Oparła się głową o pień drzewa, przyglądając się, jak zwiadowca opatruje jej rękę.
– A ty nieodpowiedzialna.
– Chyba mówisz o sobie. To drugie słowo, które pojawi mi się w głowie, gdy o tobie pomyślę. Pierwsze to idiota – parsknęła, odchylając głowę do przodu. Prawdopodobieństwo, że ich znajdą, rosło z każdą chwilą, z każdym słowem. Najlepiej będzie pozwolić się opatrzyć, a potem ruszyć w dalszą drogę.
– A myślisz o mnie często?
– Co?! – spojrzała na niego zszokowana. Nie spodziewała się takiego pytania. A już na pewno towarzyszącego mu szerokiego uśmiechu i śmiejących się oczu. To ułatwiało sprawę, bo gdyby pytanie padło na poważnie, to byłby problem z odpowiedzią. Uśmiechnęła się złośliwie, przyciągając go do siebie za poły płaszcza, gdy skończył opatrywać ranę. Spojrzał na nią zdziwiony.
– Oczywiście, skarbie. Przez ciebie nie mogę trzeźwo myśleć. Gdy chcę spokojnie zasnąć, pojawiasz mi się przed oczami. W snach mnie także prześladujesz, jesteś moim małym, osobistym, słodkim koszmarem. Cokolwiek chcę zrobić, zawsze kończy się na tym, że myślę o tobie. Więc, co o tym sądzisz, zwiadowco?
Gilan zamrugał kilka razy, mając bardzo głupi wyraz twarzy. Po chwili uśmiechnął się szeroko, wyswobadzając się z uścisku. Wstał, otrzepał się z piasku i spojrzał na zabójczynię. Dziewczyna zadowolona z efektu zajęła się oglądaniem opatrunku.
– Cóż, zawsze wiedziałem, że jestem cudowny – oznajmił pewnym siebie głosem, kierując się w stronę konia – Nie miałaś szans mi się oprzeć…
Adriana podniosła się z ziemi, próbując ukryć czerwone policzki. Słońce chowało już się za horyzontem, niebo pociemniało. Z zachodu nadciągały chmury, zasłaniając gwiazdy i przynosząc ze sobą wiatr znad morza. Zbliżał się zmierzch, czas, gdy podróżni powinni się zatrzymać i rozbić obozowisko. Jednak oni nie mieli chwili do stracenia. Bezpiecznie będzie dopiero, gdy przekroczą granicę drugiego lenna. Cazador był wyszkolony w jeździe po zmroku, Blaze też powinien dać sobie radę.
– Adriana?
Cichy głos zwiadowcy rozniósł się po polance, na której się zatrzymali. Spojrzała na niego, osłaniając oczy przed blaskiem zachodzącego słońca. Stał tyłem do niej, wpatrując się w przedmiot trzymany w swojej dłonie. Złoty przedmiot. Proszę, niech nie pyta…
– Co to jest? – światło odbijało się na powierzchni medalionu. Wyryty na wieczku miecz wbity w kamień był doskonale widoczny. Adriana zacisnęła usta, nie wiedząc, co powiedzieć. Mogła się podzielić podstawowymi informacjami, ale sama wiele ich nie posiadała. Ten przedmiot był skarbem jej Zakonu, chronionym przez wieki i powierzonym w opiekę przez założyciela ich grupy. Tylko dwie osoby z jednego pokolenia o nim wiedziały, a jego przeznaczenie było tylko domysłami wtajemniczonych członków. To właśnie jej babcia rzuciła nieco światła na ten przedmiot, głównie dzięki swoim wizjom. Medalion pokazujący drogę do starożytnej twierdzy, gdzie wbity w kamień spoczywał uśpiony legendarny miecz. Jeśli były jeszcze jakieś informacje, to z pewnością znajdzie je w starym dworze. Ale teraz…
– To coś, za co masz oddać życie, jeśli będzie trzeba.
Gilan spojrzał na nią zdziwiony. Zwykle nie mówiła takich rzeczy, a już na pewno nie takim tonem.
– Na razie nic ci nie powiem, bo sama wiem niewiele. Ale dbaj o ten medalion. To tak, jakbyś… Dbał o losy całego świata. Chroń go, w końcu to tobie go dał, a nie mi. Jeśli dostanie go ktoś nieodpowiedni… - wzrok dziewczyny przestał być obecny, odpłynęła myślami gdzieś daleko, gdzie nikt nie mógł jej dosięgnąć.
– Adriana? O co ci chodzi? Masz na myśli tego niematerialnego faceta? I kim była ta ruda kobieta? Przecież ona robiła niemożliwe rzeczy…
Nie, nie powinien wiedzieć. Jeszcze nie teraz. Musi znaleźć kogoś, kto będzie mu w stanie wytłumaczyć całą sytuację. Głównie była zabójcą, o magii prawie nic nie wiedziała. Może Angeline mogłaby…
– Potem ci powiem. Musimy ruszać.
– Dlaczego…?
Głośny ryk przerwał Gilanowi. Z drzew poderwały się ptaki, chcąc jak najszybciej oddalić się od źródła hałasu. Coś wielkiego wkroczyło do lasu, niecałe dziesięć kilometrów za nimi. Śledziło ich, najprawdopodobniej na rozkaz Lilith. O ile z ludźmi Adrianna mogła się mierzyć, nawet czasem dawała sobie radę z czarownikami, lecz potwory i inne mityczne istoty stanowiły problem nie do pokonania.
– Co to jest?! Pospiesz się, zwiadowco, bo będzie po nas! – chwyciła lejce Cazadora, próbując uspokoić zwierzę. Koń ledwo powstrzymywał się od stanięcia dębem, ni to ryk, ni to pisk drażnił jego czułe uszy. Miał ochotę jak najszybciej znaleźć się po drugiej stronie kraju.
Adriana wskoczyła na siodło, ignorując ból w ramieniu. Rana została opatrzona, ale nie powinna jej nadwyrężać, co pewnie zrobi jeszcze dziesięć razy tego dnia. Wyciągnęła miecz, jedną ręką trzymając lejce. Mityczne stwory miały to do siebie, że lubiły wyskakiwać na podróżnika niespodziewanie z ciemności. Przynajmniej tak twierdziły księgi, sama nigdy żadnego potwora nie spotkała. Chyba, że mowa o potworach w ludzkiej skórze.
Odwróciła się, czekając na Gilana. Zwiadowca stał w miejscu, blady jak kreda. Ręce mu się trzęsły, z niedowierzaniem kręcił głową.
– Co jest, zwiadowco? – spytała zdenerwowana. Nie miała czasu na załamania chłopaka, musieli się stąd wynieść i to szybko. Albo staną się obiadem. Podjechała do Blaze’a, przyczepiając na chwilę miecz do siodła. Wychyliła się, chwytając Gilana za rękę i próbowała wciągnąć go na jego konia. Dopiero dotyk na dłoni wytrącił zwiadowcę z tego dziwnego stanu, sam wskoczył na Blaze’a, jedną ręką chwytając miecz.
– To kalkary. Myślałem, że Halt z Willem wybili ostatnie. Ich wzrok paraliżuje, to idealnie zabójcy. Są bardzo szybkie, ale boją się ognia. Chociaż to nieważne, bo nie mamy czasu na rozpalanie ogniska.
– Więc co powinniśmy robić?
– Uciekać. Znowu.


– Mamusiu, opowiesz mi bajkę? – spytała ośmioletnia dziewczynka, przykrywając się ciężką pierzyną.
Lampa naftowa stojąca na stole oświetlała wnętrze skromnej chatki góralskiej. Dwuizbowe mieszkanie było jednak pełne miłości i dziecięcego śmiechu. Dwa proste łózka, stolik i wielka szafa. Wszystko bez ozdobników, lecz zdolne przetrwać lata.
Kobieta w średnim wieku zasłoniła okno starymi firankami. Jej mąż jeszcze nie wrócił z pracy, a kolacja stygła. Odwróciła się do córki, siadając na skraju łóżka. Mała nigdy nie chciała zasnąć bez bajki. Słyszała już prawie wszystkie. Tą o małych koźlątkach znała na pamięć. Więc co mogła opowiedzieć? A może by tak…? W końcu Nyssa jest już duża…
– Więc słuchaj. To będzie trochę inna bajka. Właściwie to legenda z południa.
Istnieją dwa światy. W jednym żyjemy my, śmiertelnicy, w drugim istoty piękne i nieśmiertelne. Kiedyś żyliśmy w zgodzie, lecz wywiązał się konflikt, powodu nikt nie pamięta. Rozpoczęła się krwawa wojna, zginęło wielu ludzi, śmierć poniosły także istoty, które potem człowiek zaczął utożsamiać z elfami. Jednak elfy były długowieczne, posiadały niesamowite dary, więc trudno było je zabić. Wygrały wojnę, a ich królowa postanowiła rozdzielić owa światy.
Odtąd żyliśmy spokojnie, powoli odbudowując zniszczone miasta, naprawiając wyrządzone szkody. Ale to nie o ludziach jest ta historia. Świat elfów wciąż był pełen intryg, ale raczej nikt w nich nie ginął. Tak przeżyły kolejne stulecia. Królestwo podzieliło się na cztery mniejsze, którymi władał inny rodzaj elfów. Wtedy na tronie jednego z nich zasiadł Zimowy Król, biorąc za żonę Panią Wiśni.
Rządzili sprawiedliwie przez dziesięć lat. A potem Król się zmienił. Zabił swoich przyjaciół i doradców. Próbował zabić swoją żonę, lecz udało jej się przetrwać, zmieniając się w drzewo wiśni. Wtedy odnalazł ją Rycerz Ognia i z pomocą największego elfiego czarodzieja, zdjął zaklęcie. Następnie wypowiedział władcy posłuszeństwo i podburzył lud. Król uciekł przed gniewem swojego wojska i poddanych do innego królestwa, ścigany przez Rycerza. Inni władcy go odrzucili, nikt nie dał mu schronienia.
Rycerz dopadł go na skraju światów, gdy ten próbował przenieść się do innego królestwa. Rozegrała się bitwa, którą wygrał Bohater, jak go później nazywały elfy. Zepchnął Króla do naszego świata, gdzie miał się zawsze błąkać i nigdy nie zaztać szczęścia. Jednak, zanim Władca Zimy został pokonany, zdążył rzucić przekleństwo na świat elfów. Podobno czeka go zagłada, której nikt nie będzie w stanie zapobiec, a elfy pożałują swej zdrady.
Podobno po dziś dzień Król Zimy błąka się po ludzkim świecie, knując zemstę. A gdy w zimową noc jakieś dziecko wytknie nos ze swojego domu, zamienia je w lodowy posąg, który ustawia w swym ukrytym pałacu.
Skończywszy swoją opowieść, spojrzała na córkę. Przerażone oczy dziewczynki były ledwo widoczne spod kołdry, którą mała przykryła się aż po sam czubek nosa. Kobieta westchnęła. Chyba przesadziła, przecież to wciąż było dziecko. Historia opowiadana w jej rodzinie od pokoleń miała być przestrogą dla dzieci i działała bardzo dobrze. Jednak teraz żyli w czasach pokoju, a dzieci nie były przyzwyczajone do takich opowieści. Musiała poczekać na męża, aż wróci z jakąś zabawną historią dla swej ukochanej córki. Inaczej mała nie zaśnie.


– Oberjarlu, melduję gotowość do wypłynięcia – Svengal starał się zasalutować, ale średnio mu to wyszło. Skandianie nie byli przyzwyczajeni do wojskowego rygoru ani dworskiej etykiety. Nieokrzesani barbarzyńcy – to najlepiej ich określało. Dlatego skirl Wilczego Wichru zachwiał się, gdy próbował stać wyprostowany na złączonych nogach. Zadziwiające było to, że podczas walki mógł być uosobieniem zwinności. Jego topór zawsze z gracją wirował wokół niego, przy okazji ścinając głowy przeciwników.
– Doskonale, skirlu. Już mnie naszły wątpliwości, czy aby zdążycie wyrobić się w terminie – odparł majestatycznie Erak, oberjarl Skandii. Podniósł głowę, omiatając łaskawie spojrzeniem członków swej załogi i mieszkańców portu, po czym zaczął kroczyć w kierunku swej łodzi, wymachując wyniośle swą gustowną laską, którą otrzymał od galijskiej delegacji. Zapatrzony w horyzont, jak na wielkiego władcę przystało nie zauważył pewnej przeszkody.
– Oberjarlu, proszę uwa…
Okrzyk Svengala zdał się na nic, Nawet pogorszył sprawę. Erak odwrócił głowę w jego stronę, nie patrząc przed siebie. Kluf, wielki pies Hala Mikkelsona, skirla wdzięcznego okrętu o nazwie Czapla, podniósł się z desek pomostu, słysząc głos przyjaciela swego pana. Erak nie zauważył wielkiego cielska, potknął się o nie i wpadł do wody. W czasie lotu wywinął widowiskowego orła, zachwycając tym mieszkańców portu. Zewsząd rozległy się brawa i posypały się pochwały. Co jak co, ich oberjarl potrafił zapewnić poddanym rozrywkę.
– Na zęby Gorloga, niech ktoś odetnie głowę temu potworowi! On czyha na moje życie! – wrzeszczał Erak, plując wodą, gdy członkowie jego załogi próbowali wyciągnąć go z wody. Szarpał się, jedną ręką wygrażając Kluf i rzucając w jej stronę różne obraźliwe gesty, który dobrze poukładany władca z gustowną laseczką nie powinien znać. Cała majestatyczność poszła spać, gdy tylko Skandianin wgramolił się na pomost. Powstał, rosły niczym góra, w oczach błyszczały mu niebezpieczne ogniki. Z ciemnej brody spływały strugi wody, dyszał ciężko, próbując złapać oddech. Jego wielka dłoń uniosła się powoli wyciągnięta w stronę Svengala.
– Svengalu! Dawaj tu mój topór! Pokażę temu bydlęciu, gdzie jest jego miejsce! Żeby na moje życie czyhać i wyskakiwać znienacka. Kto by pomyślał, że taki czort w tym psisku drzemie. Ja już mu pokażę… Gdzie mój topór?! -  wydarł się, nie spuszczając wzroku z psa. Kluf wyszczerzyła się radośnie i zaczęła machać ogonem. Topór Eraka był jej ulubioną zabawką do gryzienia, a Hal nie potrafił jej tego oduczyć. Oberjarl nie raz znajdował swoją ukochaną broń, przekazywaną w jego rodzinie z pokolenia na pokolenie, pogryzioną i obślinioną. Hala i Kluf ratowały wtedy szybka ucieczka na łódź i wypłynięcie w morze, aby patrolować szlaki handlowe. Czekali, aż gniew Eraka minie, potem wracali, przywożąc przeważnie jakiś drobny prezent. Zadowolony z nowego nabytku Skandianin zapraszał całą załogę Czapli na biesiadę. Jednak często zdarzało się, ze podczas tej zabawy ponownie ginął jego topór, bądź, nie daj Gorlog, jego gustowna laseczka. I zaczynało się od nowa. Hal prawie zamieszkał na Czapli.
– Daj sobie spokój, Erak. Przecież i tak jej nie zabijesz, tylko nawrzeszczysz na Hala, a on wręczy ci swój nowy wynalazek i odpuścisz Kluf. Mówiąc, że to ostatni raz, oczywiście.
– A widzisz gdzieś tu Hala? – spytał Erak, niewinnie się uśmiechając. Jakiś młody chłopak wręczył mu swój topór, chcąc zyskać wdzięczność oberjarla. Erak spojrzał na niego, zapamiętując twarz. Rozsądny młodzieniec dostanie dużo złota za pomoc, w momencie próbie zamachu na życie władcy. Z czułością pogładził rękojeść broni.
– Nie, wypłynął z chłopakami godzinę temu – odpowiedział podejrzliwie Svengal, przypatrując się toporowi, którego ostrze właśnie robiło ósemki w powietrzu. Nie podobał mu się uśmiech przyjaciela.
– Ha! Więc nikt nie uratuje tej poczwary! Zabiję ją, zanim wróci! Najwyżej kupię mu jakiegoś królika na pocieszenie – wielki uśmiech zagościł na twarzy Eraka, gdy uniósł broń do góry. Kluf patrzyła na niego, szczekając radośnie. Czekała ją nowa zabawa.
Svengal widząc zamiary swojego przyjaciela, wyrwał mu topór. Erak spojrzał na niego zdziwiony, nie spodziewał się czegoś takiego. Zmarszczył śmiesznie brwi, starając się wyglądać na zagniewanego.
– I ty przeciw mnie, Svengalu? W takim razie uduszę to bydlę…
– Chłopaki, brać go! – wrzasnął skril Wilczego Wichru, trafiając pięścią swojego władcę w brzuch. Ten zgiął się wpół, jednak chwilę później rzucił się na przyjaciela. Nie, stój, teraz wroga. Zdołał podbić mu oko, gdy runęła na niego ludzka masa, składając się z członków załogi Wilczego Wichru. Uderzał na ślepo, szeroki uśmiech wpłynął na jego usta. Tak, takiej bijatyki mu brakowało. Tylko raz zerknął na szczekającą radośnie Kluf, która przemykała pomiędzy okładającymi się Skandianami. Miał się na nią rzucić, ale wpadł na niego Thorn, zamierzając się na niego swoją protezą. Na niego wpadł Erikk i runęli na ziemię, próbując trafić przeciwnika. Erak odetchnął głęboko, po czym z okrzykiem bitewnym rzucił się na Alvara i Gottfrida.
To jest życie. Mieszkańcy portu klaskali, dopingując swoich wybrańców. Jeszcze chwilę się pobawią, a potem wyruszą w podróż.
Znaleźć Halta i mu pomóc, bo jak szpiedzy donoszą, ma trudną misję do wykonania.
A trzydziestu Skandian to siła, z którą każdy musi się liczyć.

***************************************************************************

Skończyłam dopiero przed chwilą, więc nie sprawdzałam błędów. Jutro się tym zajmę, gdy już trochę zapomnę tekst. Macie Ari i Gila, ale w trochę poważniejszej odsłonie. Ten kalkar jest znany tym, którzy czytali książkę. Najwyraźniej jeden się jeszcze uchował. Są też Skandianie - dziękuję za podsunięcie mi tego pomysłu. Zastanawiałam się, jak Halt ma odbić Willa i resztę, a oni spadli mi z nieba. 
Dziękuję jeszcze za tyle wejść, bo nigdy nie podziewałam się, że dojdę do takiej liczby. A jeśli chodzi o komentarze pod poprzednim postem - wiem, nie odpisałam na sporo z nich. ale ja już nie ogarniam, co tam było. Ta rozmowa o Gilanie z lisimi uszkami... Na czym my stanęliśmy?
Pozdrawiam,
Mentrix

11 lutego 2016

Rozdział XXIII

 Możesz powtórzyć? – zirytowany Halt spojrzał na swojego rozmówcę.
Od samego początku mężczyzna wydawał mu się podejrzany. Czerwone włosy, dziwne oczy – już to wystarczyło, aby obudzić w starym zwiadowcy podejrzenia. Na dodatek jeszcze miejsce, w którym mieszkał. Halt prawie skręcił kark, gdy próbował dostać się do starego dworu w samym środku Czarnej Puszczy. Szedł za krukiem, wciąż nie mógł w to uwierzyć, który pojawił się dwa dni po tym, jak uprzednio zniknął. Podsłuchana rozmowa rudowłosej czarownicy wciąż niepokoiła zwiadowcę, dlatego dwa tygodnie później siedział w wygodnym fotelu i słuchał czerwonowłosego dziwaka, zamiast być w drodze do Genowesy, aby odbić Willa i resztę zwiadowców.
Proponuję szybki środek transportu przez morze, a potem kogoś, kto pomoże ci odbić przyjaciół – powtórzył spokojnie Lysander, wpatrując się w zwiadowcę przeszywającym wzrokiem. Halt prychnął, piorunując mężczyznę wzrokiem. Nie potrzebował pomocy. Sam znajdzie bezpieczny środek transportu, człowieka, któremu będzie mógł zaufać, że bezpiecznie dobije do brzegu. Pomoc w odbiciu przyjaciół? Wątpił, aby istniał ktoś, kto nadawałby się lepiej niż zwiadowca. Jedna sprawa – jeden zwiadowca. Odwieczne hasło członków Korpusu. Jeszcze nigdy nie zawiodło.
Jednej osobie łatwiej było przemknąć niepostrzeżenie za linię wroga, nie zwracając na siebie uwagi. Tym bardziej, jeśli był to zwiadowca, wyszkolony w pozostawaniu w cieniu. W tym wypadku im mniej osób, tym lepiej. Nie potrzebował kolejnego cudaka, który z pewnością rzucałby się w oczy.
– Nie potrzebuję twojej pomocy. Czy oprócz tego jest jakaś sprawa, o której chciałeś porozmawiać? – mruknął, popijając kawę, którą przed chwilą przyrządził nad ogniem. Oczywiście ze swoich zapasów, nie będzie brał niczego od tego dziwaka. Kto wie, co mógłby tam dosypać? Nie potrafił określić, do jakiego typu ludzi należy czerwonowłosy. Z pewnością jego osobowość nie dała się określić jednym słowem. To była skomplikowana dusza i starszy zwiadowca nie wiedział, czego może się po nim spodziewać.
– Trudno, ale spodziewałem się takiej odpowiedzi. Masz jakieś pytania – stwierdził.
Po co on go tutaj w ogóle ściągnął? Dlaczego poszedł za krukiem, zamiast podążyć własną drogą? Coś go przyciągało do tego miejsca, do tego dziwaka. Instynkt mówił mu, że musi się tu zjawić, poznać tego człowieka. Kim był? Wrogiem czy sojusznikiem?
– Jakim sposobem kontrolujesz ptaki? Najpierw myślałem, że po prostu ten kruk był wyszkolony, ale zmieniłem zdanie, gdy nagle zniknął, a na środku drogi pojawiła się rudowłosa wiedźma. O co tu chodzi? Dlaczego chciałeś, abym podsłuchał tamtą rozmowę? Halt pochylił się do przodu, wpatrując z napięciem w rozmówcę. Dostrzegł drgnięcie kącika ust, jakby mężczyzna powstrzymywał uśmiech. Dlaczego? Zdecydowanie zbyt często zadawał to pytanie. Ale taka jest cecha zwiadowców…
– To tajemnica – Lysander uśmiechnął się szeroko, przykładając palec wskazujący do ust, aby potwierdzić swoje słowa. – A rozmowa… Miała cię tylko zaciekawić, abyś nie przeszedł obojętnie obok wydarzeń, które będą miały miejsce w przyszłości. Odegrała swoją rolę, prawda? Widzę, jak zżera cię ciekawość. Biedny zwiadowco, będziesz musiał trochę poczekać, aby poznać odpowiedzi na swoje pytania.
Ręka, która zmierzała w kierunku czekolady leżącej na stole, zamarła, gdy ostrze saksy wbiło się kilka milimetrów od niej. Lysander uniósł głowę, spoglądając zniesmaczony na swojego gościa. Lubił ten stół, a teraz jego powierzchnia była zniszczona.
Halt pochylał się nad nim, mrużąc oczy. Był rozgniewany, chyba zbyt długo się z nim drażnił. Starszy zwiadowca też miał granice swojej cierpliwości, mało komu udało się go zdenerwować. Gilan i Will wiele razy próbowali wystawiać jego cierpliwość na próbę, ale rezultatów nie było widać.
– Nie żartuj sobie ze mnie. Przeszedłem ten cholerny las, nie wiedząc, dokąd idę. Zamiast być na statku na kontynent, siedzę tutaj, marnując swój cenny czas! I mam nie dostać odpowiedzi?!
Halt rzadko podnosił głos, lecz gdy do tego doszło, robił wrażenie. Przynajmniej na ludziach, którzy posiadali zdrowy rozsądek. Lysander zamrugał kilka razy, zdziwiony wybuchem. Nie sądził, że zwiadowca tak szybko straci nad sobą panowanie. Chyba był zbyt zmęczony, za bardzo martwił się o przyjaciół, aby całkowicie się kontrolować. Wyglądał, jakby ledwo powstrzymywał się przed chwyceniem za broń i zaatakowaniem czerwonowłosego.
Mrukliwy zwiadowca spodziewał się różnych reakcji na swój wybuch, ale nie tej. Głośny wybuch śmiechu spowodował, że jego złość gdzieś się ulotniła. Zrobił krok w tył, wpatrując się uważnie w gospodarza. Ten śmiech… Nie było w nim nic radosnego, odrobinę szaleńczy, trochę drżący, jakby jego niespodziewane zachowanie sprawiało Lysandrowi chorą przyjemność. Jak dziecko, które odkrywa nowe przeznaczenie dla lalki, gdy odrywa jej głowę i traktuje ją jak piłkę.
– Przepraszam – zachichotał, próbując się uspokoić. – Jesteś niesamowity, Halcie O'Carrick. Niewiele osób może mnie zaskoczyć.
– Po co mnie tu sprowadziłeś? – spytał zwiadowca, jedną ręką szukał swoich rzeczy, drugą zaciskał na rękojeści saksy, nie spuszczając wzroku z rozmówcy. Musiał się stąd wynosić. Nie widział tego wcześniej, ale powietrze zdawało się drgać wokół czerwonowłosego, sprawiając, że włosy Halta stawały na baczność, a mięśnie drżały z wysiłku. Ten mężczyzna był niebezpieczny. Dotąd zwiadowca uważał Morgaratha, zabitego przez Horacego władcę Gór Deszczu i Nocy, za najniebezpieczniejszego i za najmniej przewidywalnego przeciwnika, ale teraz zmienił zdanie. Były baron był niczym w porównaniu z Lysandrem.
– Och, po prostu pragnąłem cię poznać – przyglądał się jak drugi mężczyzna łapie swój worek podróżny i łuk, po czym wycofuje się w kierunku drzwi. Uśmiechnął się szeroko, wstając z fotela, który zajmował.
– Tylko dlatego?
– Tak. Już wychodzisz? – jego uśmiech stał się bardziej przebiegły, na skórze Halta pojawiła się gęsia skórka. Wyciągnął nóż w kierunku przeciwnika, który zrobił krok w jego stronę.
– Tak, dość się zasiedziałem. Wychodzę, masz mnie zostawić w spokoju.
Kolejny śmiech, tym razem cichy, melodyjny. Lysander pokręcił głową, w jego oczach błyszczało rozbawienie. Przeszedł przez pokój tak szybko, że Halt zdążył tylko drgnąć, gdy zielona szata ze srebrnymi wykończeniami otarła się o jego zwiadowczy płaszcz. Czerwonowłosy podszedł do dębowej komody, na której stały kieliszki i wino. Wlał trunek do szklanego naczynia i spojrzał na Halta kątem oka. Zwiadowca wycofywał się powoli, będąc już prawie przy drzwiach. Nie zamierzał go zatrzymywać, jego plan tego nie przewidywał.
– Obawiam się, że jeszcze nie mogę cię zostawić w spokoju. Ani ciebie, ani twoich ukochanych uczniów – zanurzył usta w winie, uśmiechając się z zadowoleniem. Oblizał usta, rozkoszując się smakiem. Jego ulubiony rocznik.
Zwiadowca na wzmiankę o swoich byłych podopiecznych zamarł, po czym otworzył drzwi. Musi uwolnić wszystkich, a potem dopilnować, aby ten wariat nie położył ręki na Willu i Gilanie. Odwrócił się i przestąpił próg. W ciągu dwóch dni znajdzie się w najbliższym porcie, morska podróż zajmie co najmniej tydzień…
 – Halt – zatrzymał się, słysząc poważny głos Lysandra. Nie chciał tego, pragnął stąd zniknąć, ale coś go powstrzymywało. Jego nogi nie chciały się ruszyć, a ręce zamknąć za nim drzwi, które odgrodziłyby go od gospodarza. Całe ciało czekało cierpliwie na to, co ma do powiedzenia Lysander.
Mężczyzna nie patrzył się już na zwiadowcę, nieobecnym wzrokiem wpatrywał się w ścianę. Jego głos także brzmiał, jakby jego właściciel nie do końca był obecny duchem.
– Okręt Gobernante.
– Co z nim?
– Przybył dzisiaj do portu, wypływa za dwa dni. Dusze są niespokojne. Będzie sztorm. Rozbije się u wybrzeży Iberionu, nikt nie przeżyje. Nie płyń nim.
Halt kiwnął tylko głową, po czym, odzyskawszy władzę nad ciałem, wypadł na zewnątrz. Aberald zarżał cicho, słysząc jego kroki.
Po chwili pędził już przez Czarną Puszczę, kierując się w stronę najbliższego portu. Nie zamierzał zawracać sobie głowy głupimi przepowiedniami Lysandra. Dusze są niespokojne? Co to za bełkot?
Miał wrażenie, że powoli traci kontrolę nad swoim życiem. Zacisnął mocniej palce na lejcach, poganiając konia. Nie, uratuje Willa, zwiadowców i króla, a wszystko wróci do normy. Będzie jeździł na misje, pilnował porządku w lennie, czytał cudzą korespondencję i dogryzał Gilanowi po jego nieudanych próbach podejścia go. Pauline będzie mu zrzędzić nad głową, aby się ogolił i ściął włosy, Alyss ją poprze, a Will będzie chichotał w kącie.
Jego życie znów będzie takie, jakie było, bez żadnych czerwonowłosych dziwaków, rudych czarownic, tajemniczych osób knujących przejęcie władzy nad światem. I bez kruków łypiących na niego swoimi diamentowymi oczami, tak jak ten, który wciąż za nim podążał.

***

Lysander spoglądał na zatrzaśnięte drzwi, za którymi zniknął Halt. Machnął ręką, otwierając okno, przez które po chwili wyleciał czarny kruk. Będzie obserwować, jak to robił od stuleci. Z cichym westchnieniem odstawił kieliszek z winem, gratulując sobie doskonałego gustu.
Podszedł do regału z książkami, wymruczał zaklęcie, a mebel zniknął bez śladu. Wilgotne powietrze uderzyło go w twarz, niosąc ze sobą zapach deszczu i morza. Grota znajdowała się na oddalonym o kilkaset kilometrów półwyspie, ale utworzenie przejścia między jego domem a pracownią było banalnie proste. Gdy tylko przekroczył próg, obraz pokoju gościnnego za jego plecami zamazał się i po chwili zastąpiła go lita skała. Przeszedł korytarzem oświetlonym wiszącymi w powietrzu kulami energii, aż jego oczom ukazała się jaskinia.
Pomimo otaczających je ścian, pomieszczenie było przytulne, księgi zabezpieczone odpowiednimi zaklęciami leżały w stosach na podłodze obok trzech foteli, stojących tuż obok kominka, w którym wiecznie trzaskał ogień. Było tu ciepło, chłód bijący od morza nie był w stanie tego zmienić. Chociaż zimno już dawno przestało przeszkadzać Lysandrowi.
Przeszedł obok biblioteczki, minął kąt, w którym na blacie stały przeróżne substancje i składniki, które mogły po wymieszaniu zamienić się w eliksir uzdrawiający, ale też i truciznę. Zatrzymał się przy wschodniej ścianie, kładąc rękę w sobie tylko znanym miejscu.
Słowa w dawno zapomnianym języku rozbrzmiały w pomieszczeniu, Lysandrem szarpnęło i znalazł się u celu swojej wędrówki. Poprzednie pomieszczenie miało tylko zmylić wroga, dać mu złudną nadzieję, że odnalazł jego gabinet, jego miejsce. Chociaż mało prawdopodobne, aby nieproszony gość zaszedł tak daleko.
Miejsce, w którym się znalazł, było wykłutym w skale, stojącej bezpośrednio za jego domem, pokojem. Na środku znajdowało się rozległe jezioro, pamiętające jeszcze okres kształtowania się tych gór. Wyjście z groty było zamaskowane od zewnątrz, nic nieznaczący gapie nie byli go w stanie dostrzec. Teraz na dworze panowała noc i można było obserwować tysiące gwiazd wyłaniających się zza chmur.
Uwagę Lysandra natychmiast przyciągnął stół wielkości małego pokoju, na którym namalowano szachownicę i postawiono wielkie pionki mieniące się określonymi kolorami. Z zadowoleniem zauważył, jak wieża przesuwa się o dwa pola do przodu. Spojrzał w taflę jeziora, która ukazywała zdarzenia widziane oczami jego kruka. Mała postać otulona zielonym płaszczem pędziła na koniu przez ciemny las. Uśmiechnął się zadowolony. Działania Halta były na razie zgodne z jego planem, miedziana wieża stała tam, gdzie powinna, powoli przybliżając się do pomarańczowej. Już niedługo zwiadowca uratuje swojego ucznia.
– Zaszczytem było cię poznać, Halt. Będziesz niezwykle przydatnym pionkiem…
Uśmiech zniknął z twarzy maga, gdy spojrzał na ostatnią linię szachownicy, na której na początku stały wszystkie istotnie pionki. Król i królowa ruszyli razem do przodu, ominąwszy uprzednio czerwoną królową Marcusa. Kolor wokół niej zamigotał i zaczął blaknąć. Adrianna spełniła swoje zadanie i pokonała Lilith, przynajmniej na chwilę. Goniec i skoczek należący do niego zbliżały się króla i królowej. Angeline najwyraźniej pojmała Michaela i zmierzała na wskazane przez Lysandra miejsce spotkania. Zwykłe pionki i pomarańczowa wieża były otoczone przez wroga. Wszystko szło po jego myśli i stało na właściwym polu.
Z wyjątkiem turkusowego gońca i błękitnego skoczka, którzy uparcie stali w miejscu.
Lysander westchnął, machnięciem ręki zmniejszając szachownicę. Zawsze wolał na wszystko patrzeć z góry. Usiadł na kamiennym fotelu przypominającym tron. Nad nim unosiła się karta śmierci, która nie zmieniła wielkości razem z planszą. Jego symbol. Karta Jokera unosiła się w powietrzu naprzeciwko. Marcus był jak najbardziej realny. I był prawdziwym zagrożeniem. Lysander zacisnął ręce na oparciach tronu. Sprawi, że ta karta i jej właściciel obrócą się w pył.
Pochylił się do przodu, szachownica posłusznie uniosła się na wysokość jego wzroku. Chwycił turkusowego gońca i oparł się wygodnie o siedzenie. Obracał pionek w dłoni, kciukiem głaszcząc gładką powierzchnię.
– I co ja mam z tobą zrobić, Alaricu? – westchnął cicho, unosząc pionek na wysokość swoich oczu. Gdyby jego plan runął… Tylko ten jeden pionek wciąż stałby na szachownicy. Inne mogły pójść do diabła. Swoją drogą dawno nie słyszał żadnych wieść o Królu Piekła…
Otrząsnął się, nie pora na wspominanie przeszłości. Podniósł pionek do ust, składając lekki pocałunek. Aura wokół figury pojaśniała, a jej właściciel oddalony o tysiące kilometrów, poruszył się niespokojnie we śnie, wyczuwając obcą interwencję w swoją magię. Rozpoznawszy aurę intruza zaraz się uspokoił, nieświadomie pozwalając Lysandrowi dokończyć zaklęcie. Bariera otaczająca Alarica Carletona została dwukrotnie wzmocniona. Marcus nie będzie w stanie go namierzyć. Niestety, czerwonowłosy również nie będzie mógł dostrzec jego poczynań w tafli jeziora.
– Jesteś taki uparty…
W przypadku większości pozostałych pionków Lysander po prostu włamywał się do ich otwartych umysłów i podrzucał pomysł, który gracze traktowali jako swój własny. Ale Alaric był niezłym magiem, potrafił postawić solidne mury w swoim umyśle. Czarownik mógł je sforsować, ale byłoby to całkowite zbrukanie prywatności, cała wiedza przepłynęłaby do niego. W dodatku Alaric od razu by się zorientował co się dzieje. Czasem kusiło go, aby spróbować, zobaczyć, co jego przyjaciel myśli, czy ludzie otaczający go nie stanowią zagrożenia dla maga. Ale nie mógł, umysł Alarica był tylko jego własnością, gdyby tam wtargnął, tamten straciłby do niego całe zaufanie, które i tak było mocno nadszarpnięte. Mógł go zmusić do wykonania ruchu, ale nie był w stanie. Jeśli Marcus się dowie, że Alaric był jego słabością… Los maga albo byłby policzony, albo doszłoby do starcia dwóch największych wrogów zdecydowanie za szybko. Ludzie nie byliby przygotowani na zmiany, jakie wywołałby ich pojedynek.
Do tego wszystkiego dochodziło pragnienie Alarica, aby być nieśmiertelnym…. Kłopot na kłopocie. Będzie musiał poczekać i mieć nadzieję, że jego przyjaciel wróci i zgodzi się zagrać w rozrywce.
Odmienny problem stanowił właściciel skoczka. Lysander odłożył gońca na miejsce i chwycił drugą figurę. Ten człowiek powoli zaczynał go irytować. Próbował podsunąć mu swoje pomysły, odpowiednio go zmanipulować do wykonania pożądanego ruchu. Ale zawsze napotykał opór w postaci bariery i prostą odpowiedź na jego starania. Spadaj. Próbował zgromadzić informacje na jego temat, ale duchy nic nie znalazły. Z wyjątkiem prawdziwego imienia. A raczej imion.  Samael  Dantalion Tristian Lucjusz Mortis.
– Kim ty jesteś, Jinie Croisseux? – mruknął. Błękitna aura wokół pionka zdawała się migotać, jakby to nie był jej właściwy kolor. Nic o nim nie wiedział. Tchnięty przeczuciem uczynił go swoim skoczkiem. Wyczuwał jakieś pokłady magii, ale nie był w stanie stwierdzić, jakiej mocy dotyczą. Nie znał jego prawdziwego wieku, był tylko pewien, że jest starszy niż wygląda. Rysy twarzy miał tak delikatne, żaden lud na świecie takich nie posiadał. Skąd pochodził? Co chciał osiągnąć, zabijając króla? Jaki miał cel? Lysandrowi wydawało się, że mężczyzna szuka kogoś, pragnąc zemsty. Podsumowując: problematyczny pionek, który może go jeszcze zaskoczyć. Pozytywnie lub negatywnie. Na razie go zupełnie olewał i robił co mu się żywnie podoba. Wydawałoby się, że całą energię, jaką posiadał, wkładał w odpychanie czarownika, który próbował przejąć nad nim kontrolę. A Lysander nie lubił buntu. W tej grze liczyła się każda sekunda, nie było czasu na opór pionków. Z wyjątkiem Alarica…
Jeśli chodzi o Jina, Lysander miał już pewną teorię. Uśmiechnął się bez cienia wesołości. Jego oczy ciskały gromy, gdy wpatrywał się w miażdżony w swej dłoni pionek.

– Dlaczego przybyłeś do naszego świata, Samaelu? Dlaczego tak bardzo zależy ci na niezależności? Nie możesz się mi się po prostu poddać i zostać grzecznym pionkiem?

****************
Oto i rozdział! Dość długi wyszedł. Jestem z siebie dumna, że go tek szybko napisałam. O piętnastej miałam pustą głowę, a tu proszę! Wena wróciła! Wiedziałam, że Apollo mnie kocha! Proszę mnie nie bić, że nie ma tutaj Ari i Gila. Cały następny rozdział powinien być im poświęcony. Powinien - bo nie mam pewności, co mi do tej łepetyny wpadnie. Niektórzy chcieli Halta - oto i on. Co prawda jego osobowość mi zupełnie nie wyszła, ale załóżmy, że za jego dziwne zachowanie jest odpowiedzialny Lysander. W jego pobliżu bohaterowie czują się odrobinę nieswojo. Nawiasem mówiąc, zaczynam go coraz bardziej lubić. 
A więc tradycyjnie: proszę o komentarze, uwagi, pochwały, nie zabijanie mnie (grozić możecie, ciekawe, co jeszcze jesteście w stanie wymyślić), jeśli widzicie jakieś błędy, to napiszcie.
Pozdrawiam,
Mentrix

09 lutego 2016

Informacja

Przepraszam, że to nie rozdział, ale przysięgam, że jutro siadam i nawet trzęsienie ziemi mnie od komputera nie oderwie, nim nie napiszę rozdziału. Na usprawiedliwienie mam tylko to, że nie było mnie cały tydzień w domu.
Przejdźmy do informacji. Otóż założyłam nowego bloga. Na razie jest o bogach (greckich, nordyckich, celtyckich itd.) , potem, jeśli dam radę dociągnąć tą historię do odpowiedniego momentu, pojawią się herosi. Oczywiście, gdy już do tego dojdzie (stawiam, że minie mniej więcej rok), pojawi się Percy, Ann, mój kochany Leo, ale nie będą to główni bohaterowie. Ale o czym na piszę! Przecież to odległa przyszłość, na razie będzie to historia bogów. Więc, jeśli ktoś ma ochotę, to zapraszam! Na razie pojawił się tylko krótki prolog, muszę przyznać, iż trochę mroczny mi wyszedł. Blog jest dopiero w trakcie ,,budowy", więc tylko treść się liczy. I opisy niektórych bohaterów się pojawiły.
Miałam tylko zareklamować na trzy zdania, a tu się całe wypracowanie zrobiło...
No nic, zapraszam:

Mam nadzieję, że mnie nie zjecie, że nie ma jeszcze rozdziału... 
Pozdrawiam,
Mentrix
P.S. Nigdzie się jeszczce nie reklamowałam, więc czujcie się wyróżnieni :D


Mia LOG