Lista utworów

26 grudnia 2020

Rozdział L

Na początku kilka spraw:

1. Jest mi niesamowicie wstyd. Minął prawie rok od ostatniego rozdziału. Niewybaczalne, nie mam nic na swoją obronę, ale niech wam to wynagrodzi dłuższy rozdział. O ile ktoś tutaj jeszcze zagląda :D

2. Nie jestem w stanie obiecać, co ile będę publikować. Może bezpieczniej będzie, że jakby ktoś chciał być poinformowany o nowym rozdziale, to niech zostawi w komentarzu jakiegoś maila czy coś, to wyślę powiadomienie.

3. Wesołych Świąt Bożego Narodzenia! 

Pozdrawiam i zapraszam do lektury tych, którzy jeszcze tutaj zaglądają :)

Mentrix

*************************************************************************

Słońce powoli wschodziło nad horyzontem, zabarwiając morze na złoty kolor. Fale szumiały cicho, gdy rozbijały się o burtę statku, kołysząc nim delikatnie. Wiatr wiał mocno, ale regularnie – idealna pogoda na żeglowanie.

Albo na napad na nadmorskie miasteczko, pomyślała Kirleen, kapitan Śmierci Północy, rozkoszując się chłodem poranka. Zacumowali okręt za wystającym klifem, który skrył statek przed wzrokiem miejskich wartowników. Teraz załoga powoli snuła się po pokładzie, przeżuwając szybkie śniadanie i przygotowując się do wypłynięcia. Kapitan z uwagą obserwowała kłótnię Wintress i Paula o to, czyim obowiązkiem było uporządkowanie poplątanych lin. Pochodzący z Iberionu opalony prawie na brązowo pirat wymachiwał energicznie rękoma, a mieszkanka Północy próbowała nadrobić jego ekspresję swoim krzykliwym głosem. Kirleen skrzywiła się – żaden z nich nie miał racji. To był obowiązek Chrisa. Tylko Chris nie żył od kilku dni. Ani ona ani reszta załogi starała się najwyraźniej nie dopuszczać tej informacji do siebie.

 Możemy się pospieszyć? – Zirytowany głos sprawił, że się wzdrygnęła. Jack był w załodze od ponad sześciu miesięcy i stanowił jej integralną część, ale wciąż nie potrafiła się przyzwyczaić do tego, że miał zwyczaj pojawiać się za rozmówcą znienacka.

­– Jadłeś coś? – spytała matczynym tonem, mierząc chłopaka wzrokiem. Nie potrafiła nic poradzić na to, że wywoływał w niej instynkt macierzyński. Miał niecałe osiemnaście lat, był zbyt chudy jak na jej gust, a do tego za blady na pirata, który spędza cały dzień na słońcu. Czasem zachowywał się jak dziecko – często się obrażał i znikał na orlim gnieździe na kilka godzin, póki łaskawie nie raczył dołączyć do załogi na posiłek.

Kiedy spotkała go po raz pierwszy w porcie na granicy Galii i Teutonii, wybuchła śmiechem, gdy zaniedbany chłopak z torbą przerzuconą przez ramię i mieczem  ręku wyraził chęć dołączenia do załogi. Właściwie, to tego zażądał. Do dzisiaj nie była pewna, czemu się zgodziła. Na pierwsze oko nie wyglądał obiecująco – nieletni uciekinier, który nawet nie potrafi zadbać o siebie. Może przekonał ją upór w zielonych oczach, a może to, że łaził za nią na targu przez cały dzień. Jakimś cudem zdecydowała się następnego dnia zapakować ten dodatkowy ciężar na statek i odbić od brzegu. Pożałowała tego kilka godzin później, gdy już na głębokim morzu ktoś z załogi rzucił mu ścierę i karał szorować pokład. Jack obdarzył go spojrzeniem godnym króla, który z obrzydzeniem zauważył karalucha na ścianie. Pamiętała, jak jęknęła głośno w duchu, zdając sobie sprawę, że zabrała na okręt arystokratę. Myślała, że będą musieli wysadzić go w najbliższym porcie – byli zbieraniną ludzi najróżniejszego pochodzenia i klasy społecznej, wiec nie potrzebowali kolejnego nabytku, który uważał się na lepszego od nich. Jednak następnego dnia obserwowała ze zmarszczonymi brwiami, jak Jack z zainteresowaniem w oczach przygląda się, jak Agnes i Orwen wspinają się na maszty, aby rozwinąć żagle. Nie było to łatwe zadanie, upadek z takiej wysokości groził co najmniej złamaniem nogi, więc chętnych było trudno znaleźć. Kiedy obudziła się po poobiedniej drzemce i wyłoniła się z kajuty w poszukiwaniu jakichkolwiek resztek wina, Jack wspinał się już na maszt, jakby robił to całe życie.

Jakiekolwiek wątpliwości co do niego przepadły, gdy zobaczyła, co potrafił zrobić z mieczem. Próbowali jak zwykle obrabować statek kupiecki, jednak jego właściciel był wystarczająco inteligentny, aby zainwestować w ochronę. Uśmiechnęła się krwiożerczo, przyglądając się mężczyznom wyciągającym miecze. Nie miała jednak okazji rozprostować kości, bo w chwili, gdy postawiła nogę na obcym pokładzie, wszyscy leżeli już martwi. Jack stał wśród trupów z opanowanym wyrazem twarzy, nie zwracając uwagi na zdumione spojrzenia członków załogi.

– Chcę spać w kajucie – powiedział tylko, patrząc wyczekująco na Kireen. Uśmiechnęła się kpiąco, bo nie faworyzowała nikogo. Wśród załogi było kilku byłych arystokratów, którzy przyzwyczaili się do spania we wspólnej izbie.

– Bez szans – odparła, odwracając się do załogi i wydając kolejne rozkazy.

Tego samego wieczoru przedzieliła swoją kapitańską kajutę na pół za pomocą zapasowego płótna do żagli. Trzy miesiące później w karczmie wpadli na Lucindę. Tydzień później Jack bez słowa zabrał swoje rzeczy i zajął wolny hamak we wspólnej izbie pod pokładem. W głębi duszy Kirleen była dumna.

– Nie mamy czasu na coś tak zbytecznego jak śniadanie. Nie mamy czasu. Jak się nie pospieszycie, to pójdę sam. – Głos stojącego obok Jacka z pozoru wydawał się spokojny, ale znała go zbyt dobrze, aby nie zauważyć lekkiego drżenia.

Cóż ta miłość robi z młodymi…

– Nad wszystkim panuję. Zdążymy ją uratować, ale ten dupek Lenoix pewnie postawił podwójne straże, bo ma nadzieję, że po nią przyjdziemy. Nie będzie łatwo, więc przestań być uparty i idź coś zjeść, żeby nie zemdleć podczas walki… - zaczęła spokojnie wyliczać argumenty, ale rozzłoszczony Jack przerwał jej natychmiast.

– W takim tempie nie zdążymy! Czy wam w ogóle zależy na…

– Natychmiast się zamknij i zrób co mówię – warknęła, chwytając chłopaka za przód białej koszuli i przyciągając do siebie. Zielone oczy spotkały się z brązowymi, a reszta załogi instynktownie wycofała się poza zasięg rażenia. Tira przekazała ukradkiem srebrną monetę Nathanowi. To był już piąty raz w tym miesiącu, a od jego początku minęły dopiero dwa tygodnie.

– Nie wmawiaj mi też, że mi nie zależy na członku załogi. Jednak w przeciwieństwie do ciebie nie jestem głupio zakochanym szczeniakiem i nie zamierzam narażać reszty przez mrzonki, które sobie ubzdurałeś – wycedziła Kirleen, potrząsając chłopakiem. Naprawdę nie miała dzisiaj siły na takie przedstawienie.

– Tracisz czas na niepotrzebne rzeczy! Nie rozumiem, jak możesz przełknąć cokolwiek, skoro Lucinda nie jadła nic pewnie od kilku dni. Stoimy w miejscu, zamiast wypływać. Niby jak mamy zdążyć… - Jack urwał w połowie, gdy tył jego głowy uderzył o drewniany maszt. Czasem zapominał, że kapitan była od niego dużo silniejsza. Kiedyś tłumaczyła, że chodziło o geny ze strony ojca, ale nie przykładał do tego wtedy wielkiej wagi.

– Radzę ci się zamknąć, szczeniaku, bo właśnie podważasz moje zdolności dowodzenia. – Głos kobiety był niesamowicie spokojny, ale zwiastował ciszę przed burzą. Stojąca z tyłu Tira przeklęła cicho, spoglądając bezradnie w kierunku towarzyszy. Taka Kirleen bywała zabójcza i chociaż wątpiła, aby kapitan ich skrzywdziła, to jej ręka instynktownie oparła się na rękojeści szabli.

– Nie można podważyć czegoś, czego nie ma – odparł bezczelnie Jack, którego instynkt samozachowawczy najwyraźniej nie istniał. Wszystko ucichło, nawet szum fal zdawał się zaniknąć, gdy Kirleen analizowała jego słowa. Załoga Śmierci Północy spodziewała się wybuchu.

I wybuch nastąpił.

– To było niezłe – roześmiała się kapitan, gdy srogi wyraz twarzy zastąpił uśmiech. Dwa złote zęby błysnęły w świetle słońca, które pojawiło się nad horyzontem. ­– Naprawdę inteligentne i bezczelne – mówiła dalej, a palce, które przedtem zaciskały się na materiale białej koszuli, teraz targały czarne kosmyki włosów.

Jack burknął coś pod nosem, próbując wydostać się poza zasiąg rąk Kirleen i uratować swoja fryzurę. Zupełnie nie rozumiał nagłych zmian zachowania kobiety i czasem go przerażała, ale nie zamierzał chodzić wokół niej na paluszkach ze strachu jak reszta załogi. Nie tego uczył go brat.

Wzrok Kirleen przyciągnął nagły błysk od strony miasteczka. Statek wraz z odpływem wyłonił się odrobinę zza klifu i Lutetia była doskonale widoczna w pierwszych promieniach słońca. Wyciągnęła lunetę i spojrzała w jej kierunku. Na nadbrzeżu powoli zaczynał się ruch, a błysk był odbiciem światła w zbroi wartownika, który prowadził pochód w kierunku głównego placu. Prawdopodobnie skazańcy.

Nie chciała dać znać straży, że są w pobliżu, póki Lucinda nie zostałaby wyprowadzona z więzienia. Zaalarmowani wartownicy obstawiliby wszystkie wejścia do podziemi i wyciągnięcie stamtąd dziewczyny byłoby niemożliwe. Teraz mogli wyruszać. Wykonanie kary poprzedzała przemowa wyższego urzędnika, może samego cholernego Lenoixa, a następnie wyczytanie listy zbrodni wszystkich skazańców. Mieli wystarczająco dużo czasu, aby dopłynąć do portu i dostać na główny plac. Tym bardziej, że wzdłuż wybrzeża płynął silny prąd. Zabójczy dla małych łódek, ale idealny dla statku.

– No dobrze, hołoto. Przygotować się do wypłynięcia! Wciągać żagle! I bądź tak miły, Orwen, i pamiętaj tym razem o wciągnięciu kotwicy. Czas się odpłacić temu miastu za wcześniejsze upokorzenie i śmierć naszych towarzyszy. – W oczach Kirleen zabłysł złowróżbny blask, który załoga powitała głośnymi okrzykami. Paul zastanawiał się, czy powinien założyć się o śmierć Lenoixa.

Wszyscy rzucili się na swoje stanowiska, wykonując czynności, które były ich chlebem powszednim od wielu lat. Śmierć Północy drgnęła, a po chwili nabrała wiatru w żagle i ruszyła do przodu.

Może powinni zakraść się po cichu, wmieszać w tłum i wtedy próbować odbić Lucindę. Jednak takie zachowanie nie było ich w stylu. Piraci byli bezczelni, czasem w gorącej wodzie kąpani. Gdy napotykali przeszkodę, rzucali się na nią ze wszystkich sił z szaleńczym uśmiechem na twarzy. Bez tchórzostwa, czasem tylko z podstępem. Liczyła się tylko załoga. Takie były pirackie zasady.

– Nie myśl, że o tobie zapomniałam, Jack. Zjedz śniadanie albo zostaniesz na pokładzie.

– Tak jest, kapitanie – mruknął chłopak, rozglądając się za czymkolwiek do jedzenia.

Jednak najważniejszą zasadą było to, że na pokładzie Śmierci Północy niepodzielnie panowała Kirleen Bonney.

***

 

Szmer rozmów i towarzyszący im odgłos kroków wyrwały Lucindę ze stanu półprzytomności. Była tak zmęczona, że już nawet nie mogła zasnąć. Wartownicy zbliżali się do jej celi, a wraz z nimi przyprawiający o ciarki dźwięk metalowej głowicy miecza ocierającej się o kolczugę. Trzech mężczyzn przystanęło za kratami i po chwili usłyszała szczęk zamka.

Kątem oka spojrzała na promień słońca wpadajacy przez małe okno w celi obok. Świtało, a więc nastał już czas. Albo jej załoga ich uratuje, albo ona i Alaric spłoną żywcem.

– Nie ruszaj się – warknął jeden z wartowników, przykładając jej miecz do gardła. W tym czasie drugi sprawnie założył jej kolejne kajdany na nogi. Na szczęście między dwoma obręczami był łańcuch wystarczająco długi, aby mogła zrobić małe kroki. Przynajmniej dotrze na miejsce egzekucji na własnych nogach, a nie ciągnięta po ziemi i pozbawiona resztek dumy.

– Podnoś się, nierządnico.

Och, więc nawet już nie pirat, ale nierządnica? – pomyślała zirytowana, kiedy brutalne pociągnięcie za włosy podniosło ją na nogi. Została popchnięta w kierunku wyjścia, ledwo utrzymując równowagę.

– Francis, na pewno musimy go taszczyć na główny plac? Wygląda jakby miał zdechnąć i bez naszej pomocy. – Lucinda posłała jadowite spojrzenie kolejnemu strażnikowi, który stał w celi jej towarzysza niedoli. Alaric był nieprzytomny albo w ogóle nie kontaktował, bo na słowa żołnierza nie drgnęła mu nawet powieka.

– Przestań szukać wymówek i weź się do pracy. Nie za to ci płacimy. Czarci pomiot ma spłonąć na głównym placu ku przestrodze. I lepiej się pośpiesz, bo się spóźnimy, a Lenoix nie lubi czekać.

– Ale on się nie chce ruszyć – oznajmił bezradnie mężczyzna, trącając więźnia nogą. Mag ani drgnął.

– To go nieś lub ciągnij za sobą – odwarknął zirytowany dowódca, popychając Lucindę ku schodom prowadzącym do wyjścia z więzienia. Kobieta co chwilę się potykała, bo krótki łańcuch między jej kostkami nie był wystarczający do narzuconego tempa. Zamierzała zwrócić na to uwagę, ale uśmiech na twarzy wartownika sprawił, że tylko zacisnęła zęby. Robił to specjalnie.

Po chwili promienie wschodzącego słońca oświetliły jej twarz. Zmrużyła oczy, próbując przyzwyczaić się do nagłej jasności. Za sobą słyszała przekleństwa niosącego maga żołnierza. Podmuch wiatru przyniósł zapach morza i ryb. Więzienie znajdowało się tuż przy porcie, za co była wdzięczna. Może jej przygoda z morzem trwała krótko, ale jednak błękit fal koił nerwy. O ile można było mówić o spokoju, gdy było się prowadzonym na bolesną śmierć.

Z niepokojem obserwowała morze – nigdzie nie widziała Śmierci Północy. Nie zostawiliby jej na śmierć, prawda? Siedząc w ciemnej celi wciąż trzymała się nadziei, że jej załoga ją uratuje. Nie chciała w nią wątpić ani przez chwilę – w końcu w ciąg ostatnich miesięcy byli jej bliżsi niż rodzina – ale wraz z kolejnymi krokami, jakie stawiała w kierunku głównego placu, jej niepokój wzrastał. Myśląc logicznie, ratowanie jednego, w gruncie rzeczy niewyszkolonego, członka załogi nie miało sensu. Tym bardziej, że ostatnio stracili Chrisa i Elisabeth. Prawdopodobieństwo, że udałoby się odbić Lucindę bez żadnych rannych, było bardzo niskie. Niepotrzebne ryzyko. Lucinda miała więc nadzieję, że Kirleen nie zacznie nagle myśleć logicznie. Nie chciała umrzeć, a już na pewno nie w taki sposób. Znała ryzyko, z jakim wiązało się bycie piratem, kilka razy została ranna, raz prawie straciła trzy palce. Jednak jeśli miała umrzeć, to podczas jakiejś przygody, napadu – a nie przywiązana do pala i powoli trawiona przez ogień.

 

***

Wartownik jęknął, gdy na jego szyi pojawiła się czerwona rysa. Próbował zatamować krwawienie, chwytając się za gardło, ale rana była zbyt głęboka. Upuścił trzymaną w lewej ręce wiązkę suchych gałęzi i osunął się na ziemię. Jack usłużnie uchronił go przez głuchym uderzeniem o kamienne podłoże, szybko wciągając ciało w ciemną uliczkę.

To nie tak, że nie ufam Kirleen, pomyślał, powoli ściągając strój z martwego. Na szczęście mężczyzna nie szamotał się za bardzo, gdy został zaatakowany, więc krew była widoczna tylko w kilku miejscach na materiale munduru. Chłopak niechętnie zmierzył wzrokiem strój, który ściągnął z trupa. Był od wartownika sporo mniejszy i szczuplejszy. Ubranie będzie na nim podejrzanie wisieć, a do tego utrudni nagłe ruchy. Nie miał jednak wyjścia.

Z niechęcią zrzucił własną koszulę i zaczął szamotać się z mundurem. Jego zapach sprawił, że Jack zaczął kwestionować swoje życiowe wybory. Podczas kilku ostatnich miesięcy zaczął tolerować to, że nie dostanie każdego dnia świeżej i wypranej koszuli, a kąpiele zależą od tego, jak bardzo chce się narażać na spotkanie z rekinami w morzu. Pod pokładem, gdzie wszyscy spali, zajął hamak najbliżej okna, przez które wlatywało morskie powietrze (musiał przekupić Nicholasa, aby się zamienił, ale inaczej chybaby nie przeżył). Życie pirata nie było jego marzeniem, ale miał ograniczone możliwości – musiał się cały czas przemieszczać, aby go nie znaleźli, a do tego poszukujący go rycerze na pewno nie spodziewali się znaleźć uciekiniera wśród rzezimieszków. Właściwie to nawet sam Jack nie spodziewał się tam siebie znaleźć.

 Jednak, kiedy w porcie rzucił mu się w oczy mężczyzna ze znajomym herbem wyszytym na mundurze, nie mógł się długo zastanawiać. Kirleen stała najbliżej wyjścia z portu, a jej statek właśnie szykował się do wypłynięcia. Początkowo zamierzał wysiąść w najbliższym porcie poza Teutonią, ale nie miał dalszego planu, a żeglowanie miało swój dziwny urok. Nigdy też nie miał mocnego kręgosłupa moralnego, więc przymykał oko na napadnięte statki – przynajmniej nie zabijał handlarzy, ograniczając się do stacjonujących na łodziach wartowników. To, że kupcy i tak ginęli od ciosów miecza jego załogi lub tonęli w morzu, nie było jego sprawą.

Jego brat pewnie miałby wiele do powiedzenia na ten temat. Jednak to jego nieobecność spowodowała, że Jack musiał uciekać. Rada głupców, która doradzała jeszcze ich ojcu za życia, stwierdziła, że małżeństwo polityczne najstarszego syna nie jest wystarczające i zwróciła swe sępie oczy w stronę Jacka. Jako, że Jack nigdy do najodważniejszych nie należał (ta cecha aż w nadmiarze przypadła jego bratu), postanowił spakować najpotrzebniejsze rzeczy i zniknąć z oczu rady. Przez pierwszy tydzień ukrywał się w stolicy, czekając na powrót brata z Toscano, ale głowie rodziny nie spieszyło się najwyraźniej do domu. Kiedy żołnierze zaczęli przeszukiwać miasto, Jack był już pewny, że rada zawarła umowę małżeńską w jego imieniu z jakąś biedną panną, która pewnie i tak kochała innego. Nie zamierzał oglądać ponownie tej tragikomedii oraz odgrywać w niej głównej roli. Zdecydowanie wystarczyło mu obserwowanie brata, który starał się być miły dla sporo młodszej od niego narzeczonej, uśmiechać się i nie spoglądać kątem oka na prawdziwy podmiot jego uczuć. Miał dość oglądania nastoletniej dziewczyny, która powinna się bawić w ogrodzie z przyjaciółkami, a zamiast tego piła popołudniową herbatę z niechcianym narzeczonym, starając się wyglądać wytwornie i nie zwracać uwagi na inną kobietę. Wreszcie nie chciał widzieć kolejnej niedoszłej ukochanej, która starała się usunąć w cień, chociaż to bolało. Co prawda w jego wypadku trzeci podmiot tego dramatycznego trójkąta nie istniał, ale może jego przyszła żona miała już wybranka.

W gruncie rzeczy go to nie obchodziło. Nie był nawet pewny, czy ucieka przed niechcianym małżeństwem niczym bohater tych żałosnych, a jednak poczytnych, romansów, czy może wynika to z chęci przeciwstawienia się tym starym durniom z rady. Naprawdę czekał, aż jego brat wróci i ich wszystkich wyrzuci.

            To jednak jak na razie nie nastąpiło, a Jack musiał skończyć analizować życiowe wybory i oddalić się od trupa, zanim go przyłapią. Dlatego zacisnął zęby i założył pozostałe części ohydnego mundury. Po raz kolejny powtórzył sobie, że robi to dla Lucindy.

            Jego brat pewnie wybuchnąłby śmiechem, gdyby go teraz zobaczył. Chociaż może byłby zniesmaczony jego tchórzliwym planem. Ratowanie damy w potrzebie? O tak, jego brat uwielbiał te klimaty, chociaż sam nie potrafił wytłumaczyć dlaczego. Ale przebranie się za strażnika, podstępne poderżnięcie kilku gardeł w tłumie, aby uratować ową damę i zniknąć od razu z oczu oprawców? Bez dania im odpowiedniej nauczki? Nie, tego najnowsza głowa ich rodu z pewnością by nie zaakceptowała.

Jack nie miał jednak oddziału wojowników, porządnej zbroi, odwagi i (przynajmniej w tej chwili) nazwiska, które niosło ze sobą szacunek i podziw. Był zwykłym, anonimowym piratem, który zamierzał odbić członka załogi i mieć w zupełnym poważaniu moralność. Nawet zemsta mogła poczekać.

Od Kirleen i reszty załogi Śmierci Północy odłączył się dosłownie w ostatniej możliwej chwili, zanim statek oddalił się za daleko od lądu. Łajba musiała płynąć wzdłuż klifów, którymi było usiane wybrzeże, nadrabiając tym samym drogi. Dlatego, po wypożyczeniu konia od podróżującego handlarza (oczywiście pod wpływem groźby) i galopie głównym traktem, który biegł prosto do Lutetii, Jack znalazł się w mieście jeszcze zanim zaalarmowani strażnicy zauważyli piracki okręt wyłaniający się zza klifów.

Główną ulicą przemieszczała się masa podekscytowanego tłumu, dając jasno do zrozumienia, że ma coraz mniej czasu na uratowanie dziewczyny. Jack szybko ukrył trupa pod stertą śmierci, które leżały w zaułku, podniósł wiązkę suchych gałęzi, które mężczyzna ze sobą wcześniej dźwigał i wmieszał się w pochód mieszkańców miasta. Nie musiał wiedzieć, gdzie jest główny plac – był ciągnięty w jego stronę wraz z tłumem.

Zmarszczył nos, kiedy lekko podpity i wyśpiewujący sprośne piosenki rybak trafił przez przypadek łokciem w jego brzuch. Powstrzymał się od oddania ciosu, a mężczyzna niewyraźnie przeprosił, widząc mundur, który miał na sobie Jack. Jedynym plusem śmierdzącego materiału, który musiał na siebie założyć było to, że reprezentował przynależność do straży Lenoixa. Mieszkańcy, którzy go zauważyli, starali się odsunąć z szacunkiem i nie wpadać na niego.

Po chwili Jack dotarł do promenady biegnącej wzdłuż kanału, który przecinał miasto. Był wystarczająco szeroki, aby zmieściły się w nim duże statki, jednak jego głębokość niepokoiła Jacka. Wiedział, że Kirleen zamierzała  w niego wpłynąć Śmiercią Północy. Zanurzenie statku nie było tak duże, jak w wojskowych okrętach, ale musieliby wyrzucić zbędny balast, aby nie utknąć w kanale. Miał nadzieję, że kapitan o tym pomyślała. On i tak nie mógł na to w tej chwili nic poradzić.

Słońce wznosiło się coraz wyżej na niebie, niosąc ze sobą ciepło, które wdawało się wszystkim we znaki. Pogoda na wybrzeżu jakby zupełnie ignorowała panującą na kontynencie porę roku, ciepłymi promieniami słońca oświetlając twarz Jacka. Zmrużył oczy, kiedy wraz z tłumem dotarł na mały plac. Niewątpliwie dla mieszkańców miasta był największą wolną przestrzenią w Lutetii, ale nawet większość sali balowych, które chłopak widział, była od niego większa.

Kobiety i mężczyźni tłoczyli się wokół centrum placu, gdzie powoli wznosił się stos. Główna konstrukcja powstała już o świcie – gruby, drewniany pal otoczony małym podestem stał pewnie na środku, podczas gdy wokół niego wartownicy układali sterty gałęzi, które inni strażnicy powoli donosili z pobliskiego lasu.

Lucindy nigdzie nie było widać. Pewnie była prowadzona w powolnym pochodzie, aby mieszkańcy mogli się napatrzeć i nacieszyć jej nieszczęściem oraz własnym triumfem nad bezlitosnymi piratami.

Na samą myśl o tym Jack pragnął krwi. Rozumiał mieszkańców oraz to, że pragnęli się bronić. Załoga Śmierci Północy i reszta piratów nie byli dobrymi ludźmi. Napadali, rabowali, grabili, zabijali. Kilka razy w życiu Jack towarzyszył bratu w pozbywaniu się takich rzezimieszków, widział wtedy to, co przeżywały ich ofiary. Więc Jack jak najbardziej rozumiał mieszkańców i nie miał im niczego za złe.

Ale Lucinda była właściwie jedynym członkiem załogi, który nie miał jeszcze krwi na rękach, a miała cierpieć. Jack natomiast był przywiązany i głupio zakochany. A do tego Lenoix zawsze był sadystą, który cieszył się rozlewem krwi i cierpieniami, a z egzekucji robił przedstawienie dla ludu. Prawdopodobnie nie zmienił się od czasu, kiedy Jack miał wątpliwą możliwość spotkać go w towarzystwie brata.

– Na co czekasz? Daj mi ten chrust, bo zaraz przyprowadzą skazańców – warknął jeden z wartowników, wyrywając z rąk Jacka wiązkę gałęzi, które dodał do wielkiego stosu. Inny zaczął polewać drewno smołą, aby lepiej się paliło. Chłopak skrzywił się wewnętrznie. Im większe płomienie, tym trudniej będzie wyciągnąć Lucindę.

Zacisnął rękę na rękojeści sztyletu.

To nie było nic, czego nie byłby w stanie zrobić.

 

***

 

– Pomioty diabła!

– Zabójcy! Mordercy!

– Mój mąż… Moja rodzina…

– Na stos z nimi! Niech płoną!

Lucinda zacisnęła zęby, próbując ignorować okrzyki i jęki tłumu. Nie zdążyła uchylić się w porę i średniej wielkości kamień rzucony przez kogoś uderzył ją w brzuch. Łza zawirowała w kąciku oka, czy to z bólu czy ze zwyczajnego strachu. Jej załogi nigdzie nie było widać, a oni właśnie wkraczali na główny plac.

Przez całą drogę z więzienia była obrzucana obelgami i przekleństwami. Podczas czasu spędzonego z piratami słyszała przeróżnego rodzaju słownictwo, ale nigdy nie była jego adresatem. We włosach oprócz brudu z więzienia i krwi miała teraz resztki popsutego jedzenia, którym obrzucał ja tłum. Cała jego złość była skupiona wyłącznie na niej – nawet ci, którzy stracili rodziny i dobytek poprzedniego dnia w wywołanej magią katastrofie, wyżywali się na niej.  Winowajca wczorajszej tragedii był całkowicie nieprzytomny i do tego niesiony przez jednego ze strażników – żaden z mieszkańców nie rzucał więc w niego ani obelgami ani przedmiotami, aby nie zranić wartownika. Jeśli Alaric miał pozostać nieprzytomny także w momencie śmierci, to Lucinda mu tego zazdrościła.

Stos wyglądał tak samo jak na ilustracjach w księgach, które znajdowały się w jej starym domu. Widok niby znajomy, ale i tak wywołał u niej napad paniki. Nie mogła nabrać powietrza w płuca.

Zginie. Zginie przywiązana go drewnianego pala, trawiona płomieniami. Mogła mieć jedynie nadzieję, że udusi się dymem, zanim dotknie ją ogień. Według podsłuchanych rozmów służących była to jedyna ulga, na jaką mogła liczyć.

Otworzyła szerzej usta, próbując ponownie zaczerpnąć powietrza. Udało się, ale jej oddech był krótki, urywany. Miała jednocześnie wrażenie, że zakrztusi się zebraną w ustach śliną i zwymiotuje. Nogi i ręce zaczęły jej drżeć niekontrolowanie i upadłaby na ziemię, gdyby nie silne dłonie wartownika nie chwyciły jej za ramię, aby pociągnąć w stronę stosu.

– Nie… Nie, błagam… Proszę, nie róbcie tego, nie róbcie…

Gdzieś w głębi duszy nienawidziła się za to. Za tę słabość, brak dumy. W drodze na plac, gdy na horyzoncie nie zamajaczył się piracki statek i straciła nadzieję, wmawiała sobie, że będzie stała tam z podniesioną głową. Spojrzy w oczy oprawcom, nie ugnie się po presją. Jednak wystarczył widok stosu i cała odwaga ją opuściła. Nie widziała jakim cudem ci wszyscy wielcy ludzie, o jakich czytała w książkach, byli w stanie zachować godność w takiej chwili.

Lucinda miała ochotę paść na ziemię i błagać o pomoc. I zrobiłaby to, gdyby nie mocny chwyt wartownika, który przekazał ją kolejnemu. Została zmuszona do wspięcia się na wysoki podest i odwrócenia się twarzą do tłumu. Z jej gardła wydobył się cichy szloch, przeplatany błaganiami o litość.

Jakąż ohydną i słabą osobą była.

Jesteś tylko człowiekiem, wyszeptał jej umysł, ale myśl została zignorowana.

– Przepraszam… Naprawdę przepraszam… Błagam…

Przywiązali ją to tego samego słupa co Alarica, plecami do siebie. Mężczyzna chyba wciąż był nieprzytomny albo nie potrafił ustać na nogach, bo dwie grube liny przymocowane do pala przytrzymywały jego ciało w pionowej pozycji. Głowę miał zwieszoną. Lucinda szarpnęła się, aby kajdany ani drgnęły. Rozgrzane od gorąca płomieni będą palic jeszcze zanim ogień ich dosięgnie. Wokół rozbrzmiewały okrzyki wzburzonego tłumu, sypały się liczne przekleństwa i zachęty, aby natychmiast podłożyć ogień.

Wszystko ucichło, gdy na podwyższenie naprzeciwko stosu wyszedł ubrany z bogato zdobioną zbroję mężczyzna.

Arden Lenoix uśmiechnął się promiennie do tłumu, który zawiwatował krótko na cześć uwielbianego przywódcy, którego rządy położyły kres napadom piratów na miasteczko. Szare oczy trzydziestoletniego mężczyzny z mściwą satysfakcją spojrzały na stos i skazańców. Lucinda nie miała siły, aby wytrzymać spojrzenie i po chwili spuściła wzrok. Lenoix sprawował oficjalny urząd komisarza do zwalczania wszelkich przejawów magii, ale czerpał także osobistą przyjemność z likwidowania przy okazji wszelkim innych przestępców.

– Szlachetni mieszkańcy Lutetii – rozpoczął, a jego donośny głos rozległ się nad milczącym, lecz pełnym entuzjazmu tłumem. – Kilka dni temu byliśmy zmuszeni do zmierzenia się z kolejnym atakiem piratów. Te diabły w ludzkiej skórze wciąż nie nauczyły się, że Lutetia jest dla nich symbolem śmierci, lecz wspólnymi siłami zdołaliśmy im to uświadomić. Pamiętajmy, proszę, o naszych dzielnych strażnikach oraz bezbronnych ofiarach, które straciły życie tamtego dnia. Dzięki ich poświęceniu wygraliśmy, położyliśmy kres…

Lucina zagryzła wargi, próbując powstrzymać napływ wspomnień. Ciała dwóch członków załogi leżące bez życia na ziemi. Chris miał całkowicie rozcięty brzuch. Głęboka rana na udzie Paula. Miałą nadzieję, że udało mu się przeżyć, że nie było więcej ofiar śmiertelnych. Że z Kirleen było wszystko w porządku. Z Jackiem.

Nigdy się już o tym nie przekona.

– Wczorajszego wieczora spotkała nas kolejna katastrofa. Sługa Belethiasa pojawił się znikąd, aby szerzyć plugawe dzieło swego pana. Wciąż nie mogę się otrząsnąć na myśl o tych wszystkich, których wczoraj straciliśmy. O matkach z dziećmi, które zostały pozbawione ojca i domu nad głową. Jednak złapaliśmy ten pomiot diabła, który zapłaci za swoje zbrodnie życiem! Zatriumfowaliśmy… - Lenoix kontynuował swoje przemówienie, kiedy przez tłum przebiegł cichy i pełen niepokoju szmer. Po chwili wzrósł na sile, a wartownik stojący obok stosu z płonącą pochodnią rozejrzał się niespokojnie. Tknięta przeczuciem i nagłą nadzieją Lucinda podniosła wzrok ku widocznemu w oddali morzu.

Była tam.

– Piraci! To piraci! – wrzasnął nadbiegający od strony portu wartownik.

Śmierć Północy sunęła majestatycznie w ich stronę na pełnych żaglach. Zbliżała się znacznie szybciej niż powinna, siejąc popłoch pośród tłumu, ponieważ bez wątpienia kierowała się w kierunku placu.

– Zamknąć wejście do kanału! – ryknął Lenoix, przeklinając w duchu, że nie przewidział tej sytuacji. Rozstawił straże w zachodniej części miasta, aby wypatrywały piratów, którzy musieli stamtąd nadejść. Nie myślał, że odważą się skorzystać ze wschodniego, szybkiego, ale  niezwykle niebezpiecznego prądu morskiego. Dlatego pojawili się znienacka i zbliżali w przerażającym tempie. Miał mało czasu na zorganizowanie obrony. Przynajmniej będzie kolejną szansę wybić ich co do nogi.

– Natychmiast zamknąć wejście! – zawołał ponownie, zbiegając z podwyższenia. Jeden z pomocników podał mu miecz. – Wszyscy strażnicy do kanału! Reszta w głąb miasta!

Tłum rozproszył się na jego słowa. Ludzie chwytali tych bardziej ciekawskich sytuacji za ręce i ciągnęli w wąskie uliczki, oddalając się od placu. Wartownicy wyciągali broń i ustawiali się w odpowiednim szyku, jak ich nauczono na szkoleniu. Panował zamęt.

Lenoix zatrzymał się przy stosie. Zmierzył wzrokiem nieprzytomnego czarownika i kobietę, w której oczach pojawił się błysk nadziei. Uśmiechnął się.

– Podpal stos. Niech wasza piątka tu zostanie i dopilnuje, aby wyzionęli ducha – rozkazał trzymającemu pochodnię wartownikowi i pobiegł dalej. Mężczyzna wzruszył ramionami i podłożył ogień. W tej samej chwili przednie działa Śmierci Północy wypaliły i kule armatnie uderzyły w bramę, powoli zamykającą wejście do kanału. Rozpadła się na drobne części, a droga stanęła otworem.

– Chwila, zaczekaj… - zaczęła Lucinda, ale było już za późno. Ogień zajął gałęzie u podstawy stosu, a ona została obdarzona obojętnym spojrzeniem.

Zaczęła się szarpać. Ratunek był już tak blisko. Nie mogła pozwolić, aby ryzyko, jakie podjęli poszło na marne. Musiała przetrwać tych parę minut. Pal ani drgnął, a kajdany tylko obtarły mocniej jej nadgarstki.

– Niech to szlag – warknęła, czując napływające do oczu łzy. Wokół niej było coraz więcej dymu, który przysłaniał wszystko. Ogień pochłaniał kolejne gałęzie.

– Cholera! Alaricu! Słyszysz mnie? Obudzić się, proszę, na chwilę. Zrób coś, cokolwiek. Tylko parę minut… - próbowała obudzić towarzysza niedoli, ale ten ani drgnął. Czy nawet jeśli byłby przytomny, to potrafiłby coś zrobić w takim stanie? Nie wiedziała, na czym polegały jego sztuczki, ale gdyby mógł którejś użyć, zrobiłby to jeszcze w więzieniu.

Potrzebowała paru minut. Tak mało czasu, a jednak do nie miała. Zaczynała się krztusić gęstym dymem, który wleciał jej do płuc. W głowie jej wirowało od gorąca, a umysł miała zaćmiony. Naprawdę miała zginąć teraz, gdy ratunek był tuż tuż?

Zza zasłony dymu usłyszała szczęk mieczy i po chwili pełen boleści jęk. Odgłosy szamotaniny i upadającego na kamienne podłoże ciała. Przesłyszała się? Statek był jeszcze zbyt daleko, aby ktokolwiek z załogu mógł tutaj dotrzeć. Jednak była pewna, że słyszała dźwięk krzyżujących się mieczy. Ogień prawie sięgał już jej zniszczonych butów.

Nagle ktoś wskoczył na podest, na którym stali, a cały stos zakołysał się niebezpiecznie. Rozległo się ciche kliknięcie i jej ręce były wolne. Oszołomiona podniosła załzawione oczy, próbując rozpoznać twarz ukrytą w chmurze dymu. Jej wzrok napotkał zielone tęczówki.

– Jack – westchnęła z ulgą, próbując powstrzymać błogi uśmiech, który próbował pojawić się na jej ustach. Wciąż stali na płonącym stosie.

– Tak, to ja. A teraz chodź, musisz skoczyć. Tutaj płomienie są najmniejsze… - wyjaśnił, odwracając się i ciągnąc ją w prawą stronę. Faktycznie, dym wydawał się tam być rzadszy.

– Czekaj – zatrzymała go zachrypniętym od dymu głosem. Kręciło się jej w głowie. – Nie możemy go zostawić – powiedziała, wskazując na Alarica. Jack zacisnął niezadowolony usta, ale posłuchał. Brzdęknęły klucze, które zabrał jednemu z zabitych strażników, a wraz z przecięciem lin ciało nieprzytomnego mężczyzny runęło do przodu. Jack złapał je w ostatniej chwili zanim runęło w płomienie u podstawy stosu.

– Skacz – rozkazał Lucindzie. Nie wiedział, w jakim była stanie i czy da radę przeskoczyć płomienie, ale nie mógł pomóc, skoro był zmuszony dźwigać dodatkowy balast. Oczywiście dziewczyna nie mogła zostawić innego człowieka na tak bolesną śmierć – była to jedna z cech, które w niej uwielbiał, dlatego się nie kłócił z tą decyzją.

Dziewczyna odruchowo próbowała wziąć głębszy oddech przed skokiem, jednak zakrztusiła się dymem. Przeklęła w myślach nieostrożność, oceniając mniej więcej odległość, jaką musiała pokonać. Da radę. Robiła podobne rzecz na pełnym morzu i to z rekinami pływającymi jej pod stopami. Odbiła się mocno i rzuciła do przodu.  

Wylądowała bezpiecznie na bruku, chociaż od razu musiała ugasić fragment ubrania, który zajął się ogniem. Rozejrzała się ostrożnie dookoła, ale oprócz martwych ciał strażników zabitych przez Jacka nie widziała nikogo. Odwróciła się o porę, aby zobaczyć go wyłaniającego się z dymu. Jego lądowanie nie było tak udane jak jej z powodu dodatkowego balastu. Zachwiał się, a Lucinda musiała łapać upadającego Alarica.

Podtrzymując ciężar mężczyzny mimowolnie pomyślała o tym w jak zupełnie odwróconej sytuacji się znajdowali. Kilka miesięcy wcześniej to ona byłaby łapana, a nie na odwrót. Nie, żeby miała coś przeciwko. Ze współczuciem spojrzała na Alarica, który wydawał się na wpółmartwy. Jeśli się nie myliła, to nie zostało mu dużo czasu. Jednak przynajmniej zasłużył na spokojną śmierć i godny pogrzeb. Upewni się, że go dostanie, chociaż wciąż miał nadzieję na cud.

– Musimy uciekać – mruknął Jack, słyszą nadbiegających wartowników. Najwyraźniej zauważyli w oddali martwe ciała towarzyszu i domyślili się, że ktoś pomógł skazańcom. – Zostaw go i chodźmy. Dasz radę biec? Zajmę się każdym, kto stanie nam na drodze, więc nie musisz się przemęczać… - zamilkł, widząc wzrok, jakim obdarzyła go Lucinda. Od razu miał wrażenie, że powiedział cos głupiego.

– Zabieramy go ze sobą – oświadczyła dziewczyna, jakby to była oczywistość. Jack z dziwnym uczuciem w piersi zauważył, jak zacisnęła palce na ramieniu nieznanego mu mężczyzny. Według Jacka sposób, jaki go trzymała, był zbyt opiekuńczy jak na kogoś, kogo niedawno poznała. Nie podobało mu się to, ale zacisnął zęby. Nie zamierzał zaprzepaszczać swoich szans przez bezpodstawne oskarżenia.

– Będzie przeszkadzać. Uratowałaś go od śmierci w płomieniach i to wystarczy. Połóż go na ziemi, może się ocknie i ucieknie. Jak się nie pospieszymy, to…

– On idzie z nami – powtórzyła z uporem. Wpatrywała się w Jacka, a on czuł, że jest na przegranej pozycji.

– To zbędny balast. Do tego wygląda na martwego. Nie jestem w stanie go nieść i jednocześnie walczyć. A do tego Kirleen z pewnością się nie zgodzi na przygarnięcie zwiastującego problemy nieznajomego.

– Cóż Jack, przedstawiam ci Alarica, który swoja drogą nie jest jeszcze martwy. I któremu zawdzięczam w pewien sposób życie. Więc zamierzam go uratować. Z Kirleen porozmawiam potem.

– Ależ Lucindo… - zaczął bezradnym tonem chłopak, próbując zignorować fakt, że Lucinda wyglądała wspaniale, kiedy mówiła coś takim kategorycznym tonem. Chyba powinien porozmawiać z bratem, bo zachwycał się dziwnymi rzeczami.

Jego przemyślenia przerwał świst kuszy. Instynktownie rzucił się na ziemię, pociągając za sobą Lucindę i jej zbędny balast. Bełt odbił się od kamiennego podłoża metr dalej.

– Ja go poniosę, a ty się nimi zajmij – wysapała dziewczyna, podnosząc się z ziemi. Chwyciła Alarica i pociągnęła za sobą, przerzucając sobie rękę przez ramię. Jack również stanął na nogach, wyciągając trzy sztylety. Nie było czas na kłótnie.

– Masz i biegnij do Kirleen. Jeśli będziesz miała szczęście, to w tym zamieszaniu wezmą was za rannych i szukających schronienia cywili. Dołączę do was później – obiecał, wciskając jej w rękę jeden ze sztyletów. Dziewczyna pokiwała głową.

– Uważaj i wracaj jak najszybciej – powiedziała, po czym jak najszybciej ruszyła w stronę Śmierci Północy, praktycznie ciągnąc ze sobą nieprzytomnego Alarica.

Jack odprowadził ją wzrokiem, po czym odwrócił się w stronę nadbiegających strażników. Na jego ustach pojawił się szeroki uśmiech, kiedy przeciągnął się, rozprostowując mięśnie.

– Dzień dobry, panowie. Musicie mieć niezwykłego pecha, że tak na siebie wpadliśmy.

 

***

 

Arden Lenoix był rozdarty. Nie wiedział, czy powinien dołączyć do strażników, którzy biegli w stronę wejścia do kanału, przez które właśnie przedzierał się statek piracki, czy może w stronę głównego placu, skąd też dochodził szczęk mieczy. Najwyraźniej piraci musieli posłać kilku członków załogi przodem, aby zrobić zamieszanie w dwóch miejscach na raz.

Spojrzał w kierunku portu, próbując sobie wyobrazić, jak mógłby pomóc w takiej sytuacji. Statek już do kanału, ale piraci nie opuścili pokładu, jak myślał. Za to co chwila można było usłyszeć huk armat, które bezlitośnie całowały w budynki blisko brzegu. Ludzie biegali, krzyczeli, niektórzy próbowali zabrać drogocenne przedmioty, zanim ich dobytek zostanie pogrzebany pod gruzami. Lenoix nie wiedział, jak mógłby zapobiec temu zniszczeniu. Liczył, że żądni zemsty piraci od razu postawia stopę na suchym lądzie, a wtedy on i jego wartownicy będą mieli przewagę. Jednak najwyraźniej kapitan zdecydowała się na o wiele bezpieczniejsze dla załogi i o wiele bardziej druzgoczące dla mieszkańców Lutetii rozwiązanie.

Nie mógł się mierzyć z uzbrojonym w działa i wielkim okrętem. Ale mógł zmusić piratów do poddania się. Chociaż nie spodziewał się po nich takiego zachowania, to jednak przypłynęli odbić członka swojej załogi. Co oznaczało, że dbali o siebie nawzajem. Lenoix mógł to wykorzystać, skoro miał tuż pod nosem kilku z nich – skazańca i kilku innych, którzy walczyli na głównym placu.

Dlatego wykrzyczał odpowiednie rozkazy i razem z trojgiem podwładnych rzucił się w kierunku placu. Płomienie całkowicie pochłonęły stos – prawdopodobnie nie było już mowy o wykorzystaniu jako karty przetargowej kobiety, którą mieli dzisiaj stracić, ale Arden wciąż słyszał szczęk mieczy.

Przebiegając obok ciał martwych wartowników próbował na tej podstawie oszacować, ilu mogło być przeciwników. Pięciu? Sześciu? Zabrał ze sobą tylko trzech ludzi, ale sam był wybitnym wojownikiem, zdolnym powalić bez problemu trzech piratów na raz. Ci przestępcy byli skuteczni w walce z niewyszkolonymi lub pozbawionymi doświadczenia strażnikami, ale z kimś, kto od małego ćwiczył się w sztuce miecza, nie mieli szans.

Pewny siebie wpadł w chmurę dymu, która spowijała plac. Nie był bardzo gęsty, ale trochę utrudniał widoczność. Dał znak swoim towarzyszom, aby się rozdzielić, a sam pobiegł w drugą stronę. Zamierzał obiec stos dookoła i zaskoczyć piratów od tyłu. Był dobrze wyszkolony, ale przy przewadze liczebnej należało zachować rozsądek i nie dać się ponieść emocjom i wierze w własne możliwości. Starał się iść cicho, próbując określić na podstawie dźwięków położenie przeciwników.

Usłyszał okrzyki bojowe swoich ludzi, którzy napotkali na swojej drodze przeciwnika Najwyraźniej piraci zgromadzili się blisko siebie, co tylko ułatwiało schwytanie ich. Lenoix porzucił ostrożność i pobiegł do przodu. W takim wypadku najlepiej byłoby walczyć wspólnie, a nie pojedynczo, skoro przeciwnik działał w grupie.

Wydawało mu się, że widzi już sylwetki walczących, kiedy nagle potknął się o coś i upadł na ziemię. Szybko zorientował się, że to było ciało jednego ze strażników, ale kiedy rozpoznał jego twarz, poczuł przerażenie. Walter był jego prawą ręką, znakomicie wyszkolonym i doświadczonym wojownikiem. Rozdzielili się minutę temu. Jakim cudem był już martwy? Przecież piraci znali się raczej na barowych bójkach i podrzynaniu gardeł bezbronnym, a to był utalentowany żołnierz…

Z osłupienie wyrwał go dźwięk kolejnego padającego ciała. I kolejnego. Dwa metry od niego. Podmuch wiatru znad morza rozwiał trochę chmury dymu, pozwalając dowódcy zidentyfikować poległych. Rais i Verin, którzy wbiegli na główny plac razem z nim. Podniósł się niezgrabnie na nogi i oderwał wzrok od martwych.

Natychmiast rzuciła mu się w oczy stojąca samotnie pośród trupów sylwetka. Pojedyncza. Lenoix przełknął ślinę, zaciskając palce na rękojeści miecza. Miał do czynienia z niebezpiecznym przeciwnikiem. Zrobił krok do przodu z odwagą, której nie czuł. Postać odwróciła się w jego stronę.

– Powiedziałbym, że miło cię znów widzieć, Lenoix, ale byłoby to kłamstwo – powiedział arogancko młody mężczyzna, zbliżając się do Ardena. Lenoix warknął zirytowany, słysząc ton wypowiedzi. Nie był w stanie rozpoznać z daleka twarzy, ale wydawało mu się, że gdzieś słyszał ten głos.

Jego przeciwnik podszedł bliżej, a Arden miał mu się okazję przyjrzeć. Zamarł, gdy zielone oczy wywołały obraz z jego pamięci. Kilka lat temu patrzyły na niego z pogardą dwie pary takich oczu.

– Ty… - zaczął, nie wiedząc, co powiedzieć dalej. To było… – Niemożliwe.

Tak, niemożliwe. Musiał się pomylić. Nie było mowy, aby ktoś…

– Wiesz, Lenoix, powiem ci coś, czego nauczył mnie mój brat – powiedział chłopak, potwierdzając tym samym niemożliwe. Arden mrugnął i w tym momencie jego przeciwnik zniknął. Kilka sekund później poczuł rękę na ramieniu, oddech na karku i sztylet przyłożony do szyi.

– Mianowicie – zaczął lodowatym głosem, a Lenoix nie potrafił nawet drgnąć. – Każdej damie należy się szacunek.

Adren Lenoix nie odpowiedział.

Już nigdy więcej nie otworzył ust.

Padł martwy z przeciętą aortą, obserwowany przez pełne satysfakcji zielone oczy.


Mia LOG