Lista utworów

04 sierpnia 2018

Rozdział XLIV


Lysander wpatrywał się w niego przez chwilę, jakby naprawdę rozważał zastosowanie się do słów zwiadowcy. Jednak los najwyraźniej sprzyjał Gilanowi, bo mag westchnął ciężko i spojrzał na niego znużonym wzrokiem.
– Masz teraz jedyną niepowtarzalną szansę, aby usłyszeć odpowiedzi na swoje pytania – oświadczył ku zdziwieniu Gilana, jednocześnie siadając w fotelu, który pojawił się znikąd. Zwiadowca poczuł ukłucie zazdrości – magia naprawdę ułatwiała życie. Zdusił w sobie irytację. Taka sytuacja mogła się już nigdy nie powtórzyć, a nie wiadomo, jak długo Lysander raczy odpowiadać na pytania. Musiał ustalić swoje priorytety, chociaż sytuacja, której przed chwilą był świadkiem niezwykle go ciekawiła. Najpierw medalion, ponieważ był niepokojąco mocno związany z jego skromną osobą.
– Jeśli dobrze zrozumiałem, to zawiera w sobie wskazówkę, jak dotrzeć do Excalibura – zaczął, wyciągając medalion z kieszeni. Wziął sobie do serca słowa Adriany i nie rozstawał się z nim nawet na krok.
– Dokładnie.
Naprawdę? Czy mag miał zamiar odpowiadać jednym słowem? Jeśli tak, to nie zajdą daleko.
– Problem polega na tym, że jest pusty w środku. – Gilan obejrzał błyskotkę z każdej strony, szukając podwójnego dnia i tym podobnych sztuczek. Jednak medalion wciąż był po prostu złotym przedmiotem, całkowicie pustym w środku, a jego jedyną ozdobę tworzyły niezbyt ładne wgłębienia na wieczku. Początkowo miał nadzieję, że odpowiednio ze sobą połączone utworzą znak, który mu wszystko wyjaśnił, ale nawet jeśli tak było, to zwiadowca nie potrafił znaleźć odpowiedniego klucza do rozwiązania zagadki. Niezwykle go to irytowało, bo zwykle podobne rzeczy przychodziły mu z łatwością.
– Wyżłobienia na wieczku nie tworzą żadnego symbolu. Należy umieścić w nich odpowiednio magiczne kamienie, które poprzedni właściciel ukrył w różnych częściach świata – wyjaśnił Lysander, jakby czytał mu w myślach.
Kamienie. Magiczne kamienie. Oczywiście. Jak mógł się tego nie domyślić?
– W takim razie rozumiem, że od dawna masz je już zebrane, więc to tylko kwestia umieszczenia ich w odpowiednim miejscu i odczytania miejsca ukrycia miecza.
– Nie.
Gilanowi ręce opadły.
– To dlaczego nudzimy się tutaj, zamiast robić sobie wycieczkę objazdową dookoła świata?
– Mamy jeszcze czas – mruknął czarodziej, rzucając szybkie spojrzenie na dziwny zegar. Zwiadowca nie wiedział, jak się zachować. Lysander faktycznie mógł mieć czas, jeśli faktycznie był nieśmiertelny. Gilan był jednak tylko małym, zdecydowanie śmiertelnym zwiadowcą, który urodził się w złym miejscu i w złym czasie.
Wzywając wszystkie pozostałe mu pokłady cierpliwości, postanowił przejść do następnej kwestii. Tak jak go uczył ojciec: omijaj nielubiane przez osoby niezrównoważone tematy.
– Przyjmijmy, że zgromadzimy te kamienie, będziemy wiedzieli, gdzie jest ukryty miecz. Co dalej?
– Pójdziecie i go zdobędziecie.
Tak, tego Gilan też był się w stanie domyślić.
– A potem?
– Wykorzystując potęgę Excalibura zabijesz Marcusa.
– Czy mogę wiedzieć, co ty będziesz wtedy robił? – zapytał z wyrzutem.
– Ja? Będę wszystko nadzorował. – Lysander śmiał wyglądać na naprawdę zdezorientowanego i urażonego niezadowoleniem rozmówcy. Gilan się poddał. Tego człowieka nie dało się zrozumieć.
– Wytłumacz mi, jak, do cholery, mam pokonać kogoś, kogo nawet ty się boisz, za pomogą żelaznego patyka? – warknął. Dla niego to wyglądało tak, jakby mag zamierzał siedzieć i się przyglądać temu, jak po kolei giną. Bo co do tego, że nie wszyscy przeżyją, zwiadowca nie miał wątpliwości. Adriana prawdopodobnie miała rację, co do tego, aby nie ufać czarownikowi, ale tego nigdy jej nie powie.
– Chyba się zapominasz – odparł spokojnie Lysander, a Gilan poczuł ciarki na plecach. Mimowolnie zerknął na kamienne podłoże, gdzie jeszcze kilka minut temu ziała czarna otchłań, która pochłonęła wrzeszczącego Henrika. Nie zamierzał tak skończyć.
– Przecież was nie zostawię. Zmierzę się z Marcusem. Od zawsze było wiadomo, że to tak musi się skończyć. Nie mam jednak pewności, że wygram, a przegrana niesie ze sobą konsekwencje zbyt duże, aby świat mógł to udźwignąć. Dlatego nie miałbym nic przeciwko temu, abyś w odpowiednim momencie, gdy już będziemy wyczerpani, przebił go Excaliburem.
– To nie jest honorowe.
– Honor to idea, która w większości spoczywa pod ziemią, razem z idiotami, którzy postanowili się nim kierować i przez to zginęli. Zamierzasz postąpić honorowo i skończyć jak oni, czy uratujesz świat robiąc to, co do ciebie należy?
Gilan zacisnął zęby, słysząc jego słowa. Oczywiście, że uratuje świat. Skoro naraża dla tego celu życie, to czemu nie miałby zrezygnować z honoru? Był dla niego ważny, honorowe postępowanie ojca zawsze stanowiło przykład, ale nie był wart takiej ceny. Odkąd wstąpił do Korpusu Zwiadowców zaczął patrzeć na całą sprawę inaczej. Każdy człowiek miał swój własny kodeks, według niego postępował, na nim opierał swój honor. Nawet Adriana i Michael mieli zasady. Własne, całkowicie pokręcone, ale takie, których nie łamali. Zazwyczaj.
Nie chciał się kłócić o to z czarownikiem, wiec zmienił temat na równie interesujący.
– Co to jest? – spytał, stając przy wielkiej planszy szachowej i wpatrując się w porozstawiane na polach pionki. – Mam nadzieję, że nie traktujesz tego wszystkiego jak jednej wielkiej gry.
– To mi pomaga zwizualizować sytuację. Wiem, gdzie są podwładni Marcusa. To działa w dwie strony, ale dzięki temu mogę lepiej kontrolować pionki.
– Czyli nas?
– Czyli was.
Gilan westchnął cicho. Lysander nie czuł żadnych wyrzutów sumienia, przyznając się do manipulacji nimi. Pod znakiem zapytania pozostawało to, czy takie sumienie w ogóle posiada. Jednak po tym, co zobaczył w jaskini, był pewien, że za tymi dziwnymi oczami i nieprzeniknionym wyrazem twarzy kryje się jakaś dramatyczna historia. Jak na zwiadowcę przystało, uwielbiał tajemnice, a coś mu mówiło, że ten sekret wyjaśniłby mu o wiele więcej niż jakakolwiek odpowiedź Lysandra.
– Zakładam, że jesteśmy tymi białymi, skoro ratujemy świat. Kim jestem?– spytał, nachylając się nad planszą. Mag stanął obok niego, a Gilan zwalczył chęć instynktownego odsunięcia się. Decydując się pomóc Adrianie, nie pisał się na przebywanie tuż obok tak zabójczo potężnej jednostki. A mama mówiła mu, żeby został rycerzem. Ale nie, Halt oczywiście musiał odwiedzić jego lenno, a on oczywiście musiał pójść za nim do lasu. A życie mogło być takie proste.
– Królem.
– Serio? Myślałem, że… Kto jest królową?
– Adriana.
Zwiadowca wiedział, że momentalnie zaświeciły mu się oczy. Zabójczyni nie będzie skakać ze szczęścia, ale to taki idealny temat do żartów. Chyba, że było w tym coś więcej i może oni… Nie teraz, ale w przyszłości…
– Najlepiej nadaje się do tego, by cię chronić, biorąc pod uwagę jej zaangażowanie związane z medalionem.
I tak upadła piękna opowieść o przeznaczeniu i niezwykłej miłości, przed którą nie można uciec.
– Angeline to ten goniec, a Michael to skoczek? – upewnił się, spoglądając na dwa pionki stojące obok króla i królowej. Założył, że umiejscowienie na planszy odnosi się do miejsca pobytu. A reszta… Cóż, Angeline goniła wcześniej na Michaelem, a Genoweńczyk przeskoczył do nich od Marcusa…Prawdopodobnie były inne powody, dla którego przydzielono im takie pionki, ale Gilan wolał własną wersję.
– A wieże? – kontynuował, gdy Lysander przytaknął. Stały obok zwykłych pionków, w pewnym oddaleniu od wieży Marcusa. Puste spojrzenie maga sprawiło, że wiedział, że odpowiedź mu się nie spodoba.
– Will Treaty i Halt O’Carrick.
– Nie masz prawa… - Gilan mógł przeboleć to, że jest wykorzystywany. Adriana, Angeline, Michael – oni też o tym wiedzieli, ale jednocześnie realizowali swoje własne cele. Jednak manipulowanie jego byłbym mistrzem i młodszym przyjacielem… Gdy oni nie mieli z tego żadnych korzyści, pewnie nie zdawali sobie nawet sprawy z tego, że biorą udział w rozgrywce… – Czy to przez to, że ich zaangażowałeś, doszło do tych wszystkich porwań?
– Nie, Marcus nie ma medalionu i próbował wydobyć z członków twojego Korpusu fragmenty informacji o miejscu ukrycia miecza. To i tak by się stało, a ja potrzebowałem kogoś solidnego, kto mógłby zostać wieżą.
W gruncie rzeczy Halt i Will się do tego nadawali. Nigdy by się nie poddali, walczyli do końca za królestwo, które kochali. W przeciwieństwie do nich, Michael był chorągiewka na wietrze, której nie można było zaufać, że poświęci wszystko dla zwycięstwa. Podobnie było z Adrianą, ale o tym Gilan wolał nie myśleć.
– Wiedzą?
– Jeśli Halt powiadomił już o tym swojego ucznia, to tak.
– Will jest już pełnoprawnym członkiem Korpusu. Skoro nami manipulujesz, to zadaj sobie chociaż trochę trudu, aby nas poznać – warknął, zaciskając pieści. Spojrzał zirytowany na Lysandra i zaniemówił. Przedtem myślał, że mag udaje dezorientację, ale on naprawdę nie rozumiał. Potężny czarnoksiężnik, prawdopodobnie nieśmiertelny, potrafiący rozmawiać z duchami, nie potrafił zrozumieć tego, że manipulacja była czymś złym. Dla niego gniew Gilana był irracjonalny, a więzi, które łączyły zwiadowcę z przyjaciółmi nie miały znaczenia. Lysander był jak dziecko, niesamowicie potężne, ale nie orientujące się zupełnie w relacjach międzyludzkich.
Odetchnął głęboko, uspokajając myśli. Jako osoba niezwykle kontaktowa i przyjazna nie potrafił tego zrozumieć, ale postanowił nie drążyć tematu. Chociaż byłoby miło wiedzieć, że Lysander ma choć jedną osobę, której nie poświęciłby dla sprawy. Może wydawałby mu się wtedy bardziej ludzki.
Spojrzenie zwiadowcy zatrzymało się na planszy. Zmrużył oczy, próbując zorientować się, co mu nie pasowało. Po raz kolejny przeliczył pionki.
            – Gdzie jest nasz skoczek? – zapytał przerażony, chociaż w głębi serca znał odpowiedź. Nie potrzebował spojrzenia Lysandra, które rzucił nieświadomie na stronę, po której stały pionki Marcusa. Poza planszą, zupełnie zapomniany, porysowany i przewrócony leżał biały skoczek.
– Czy on…
– To był nieszczęśliwy zbieg okoliczności. Nic takiego nie miałoby miejsca, gdyby dostosował się do moich poleceń i się jeszcze nie wtrącał – rzucił mag, starając się ukryć swoją irytację. Samowolka Jina Croisseux        sprawiła, że już na początku rozgrywki stracił swojego pionka i przegrywał z Marcusem. Nie rozumiał, jak mogło się to stać. Był pewien, że Croisseux był potężny, że zależy mu na swoim życiu, a on dał się tak łatwo zabić.
– Czyli jak będziemy się ciebie słuchać, to przeżyjemy?
Zginął człowiek. Gilan nie wiedział, dlaczego nim to tak wstrząsnęło. W ciągu ostatnich tygodni niejednokrotnie otarł się o śmierć, ale to… Chyba nie zdawał sobie do końca sprawy z tego, co niesie ze sobą udział w tym szaleństwie. A teraz… Ktoś stracił życie. I jedynym dowodem na to był symbolizujący go pionek zepchnięty z szachownicy. Czy ludzkie życie nie było więcej warte?
– Posłuchaj, Lysandrze… - zaczął, choć nie wiedział, co chce powiedzieć. Przerwał mu potężny huk i piorun w różnych odcieniach zieleni, który pojawił się nad planszą. Zaskoczony odskoczył od szachownicy, z zaniepokojeniem wpatrując się w wiązkę energii, w barwie której przeplatały się turkus i ciemna zieleń. Krążyła wokół białego gońca i czarnej wieży. Miał co do tego złe przeczucia.
Spojrzał na Lysandra, który zaniepokojony rzucił się w kierunku dwóch pionków. Zwiadowca ze zdziwieniem zauważył, że czarodziej po raz kolejny stracił nad sobą panowanie. Już nie kontrolował dokładanie swojego ciała, ruchy dłoni były pozbawione harmonii i spokoju, który nie opuścił go nawet podczas starcia z Henrikiem. Był pewien, że gdyby stanął naprzeciw maga, bez problemu odczytałby jego emocje, które były przedtem skryte pod pełną opanowania maską.
– Co się stało? – spytał, próbując wymyślić, co mogło tak zdenerwować Lysandra. Odpowiedziało mu spojrzenie pełne wirującego srebra.
– Znikaj.
Gilan był prawie pewny, że zaklęcie nie było tak proste, ale nie zmieniło to faktu, że świat pod jego stopami zawirował. Podobnie jak wszystko wokół niego. Poczuł niesamowite mdłości, które zmusiły go do opadnięcia na kolana. Już myślał, że uderzą o czarna pustkę, gdy nagle świat odzyskał ostrość i barwy. Klęczał z pochyloną głową wśród gruzów, a małe fragmenty ściany wbijały mu się w skórę pomimo porządnego materiału spodni.
Uniósł wzrok z podłoża, aby napotkać na swojej drodze czarne buty. Wokół było cicho, ale poczuł dreszcz przerażenia przechodzący mu po plecach. To była ta zła, niepokojąca cisza, która zapowiadała koniec świata.
Słysząc znaczące chrząknięcie, niechętnie uniósł głowę. Im wyżej wędrował jego wzrok, tym lepiej czuł na karku oddech śmierci. W końcu napotkał wściekłe spojrzenie Adriany.
– Och, nie wstawaj, zwiadowco. Jesteś w świetnej pozycji, aby błagać mnie o wybaczenie.

***

Alaricu, natychmiast powiedz, co się dzieje!
Mężczyzna zignorował mentalne wołanie, tak głośne, że powoli rozsadzało mu głowę. Ponownie odskoczył w bok, ratując się przed dekapitacją gigantyczną halabardą, która beztrosko latała sobie tuż obok jego cennego ciała wraz z chmarą mieczy, sztyletów, toporów i strzał. To było naprawdę niepokojące.
Alaricu!
Akarian uśmiechnął się przyjaźnie, machając do niego dłonią. Jaka szkoda, że za tym ruchem podążył oburęczny miecz, który co prawda lata świetlności miał za sobą, ale do przecięcia wpół nadawał się równie dobrze co jego młodsze odpowiedniki. Alaric odbił go swoim ostrzem, które oczywiście pod wpływem uderzenia musiało wylecieć mu z ręki. Nie został może przepołowiony, ale miecz wbił mu się w ramię, przecinając bezlitośnie mięśnie.  
Cudownie. Jak on miał postawić porządną barierę wokół siebie, która nie przepuściłaby żadnego ostrza, gdy był co sekundę atakowany coraz to nowszymi rodzajami broni białej, z trudem ruszał ręką, a do tego Lysander wykrzykiwał w jego głowie swoją litanię, skutecznie rozpraszając wszystko, co można byłoby nazwać chociażby namiastką skupienia.
Alaricu! Natychmiast odpowiedz!
Zacisnął zęby, posyłając w kierunku przeciwnika błyskawicę. Akarian wykorzystał okazję, gdy mag odpuścił na chwilę utrzymywanie częściowej bariery wokół siebie na rzecz ataku i sztylet prześlizgnął się po jego boku. Jednak pełen wzburzenia krzyk najemnika upewnił go, że było warto. Akarian pocierał zaczerwienioną skórę szyi, rozcierając krew, która wypłynęła z płytkiego nacięcia. Jaka szkoda. Kilka centymetrów w bok, a przepaliłby mu piorunem gardło.
Alaricu, jeśli natychmiast mi nie odpowiesz…
Przeszkadzasz. Załatwiam własne sprawy.
To nie jest zwykły przeciwnik. Natychmiast stamtąd uciekaj.
Faktycznie, zielone włosy są dość niezwykłe w naszej części świata.
Za nim stoi Marcus. – Lysander brzmiał na coraz bardziej wściekłego. – Zabieraj się stamtąd, albo sam się pofatyguję!
Nawet się nie waż. Dobrze się bawię.
Ale on…
Akarian uniósł zakrwawioną dłoń na wysokość oczu i uśmiechnął się szeroko, spoglądając na spływające po niej rubinowe krople.
On też się chyba dobrze bawi – odparł zirytowany Alaric, wykorzystując wolny czas, gdy Lysander zaniemówił, a Akarian napawał się chwilą, aby postawić wokół siebie barierę. Odetchnął z ulgą, gdy przezroczysta powłoka otoczyła go całkowicie. Przedtem stawiał pomniejsze bariery w odpowiednich miejscach, ponieważ zabierały one mniej energii i tworzył je niemal instynktownie. Jednak nie zauważył niektórych nadlatujących ostrzy, co skutkowało masą płytkich i głębszych nacięć. Bariera, którą właśnie postawił osłoni go całkowicie.
Ogromny topór uderzył w niewidzialną ścianę i rozsypał się w proch. Alaric był niezwykle ciekawy tego, jakim sposobem Akarian tworzył z powietrza tyle broni i nią sterował. W ciągu spędzonych z  najemnikiem godzin mag zauważył, że poziom magii jego przeciwnika był bliski zera. Jak dotąd nie znalazł na to żadnego wytłumaczenia. Pojawiająca się znikąd broń i niezdolność do rzucania bardziej skomplikowanych czarów wzajemnie się wykluczały. Musiał coś przegapić.
– Czy możesz zacząć się wreszcie starać? – Zirytowany głos Akariana kazał mu wrócić do rzeczywistości. Najemnik przestał go atakować. Zbliżył się bez zastanowienia i stanął naprzeciwko Alarica, unikając jednak dotknięcia ledwo widocznej bariery. Mag to naprawdę doceniał, więc nie miał serca informować przeciwnika, że nic by mu się nie stało. Co więcej, Akarian prawdopodobnie bez trudu przeszedłby przez  barierę, ponieważ miała ona powstrzymywać tylko magiczne ataki. Żaden czarodziej nie przeszedłby przez nią, ale pozbawiony mocy najemnik… Alaric nie zamierzał informować go o tym, że całą walkę mógłby rozstrzygnąć zwyczajny atak mieczem. Umiał posługiwać się bronią, ale do poziomu Rosserau sporo mu brakowało.
– Nie mam pojęcia o czym mówisz – odpowiedział, próbując brzmieć szczerze. Kątem oka wciąż spoglądał w kierunku drewnianego domku, z którego niedawno wyszedł. Miał nadzieję, że zamieszkujący go staruszek czym prędzej stąd ucieknie. Jeśli zostanie, Alaric nie mógł zagwarantować mu bezpieczeństwa. Jego magia miała czasem niezdrową tendencję do wymykania się z kontroli.
– Nie używasz nawet jednej czwartej swojej mocy. Gdyby tak było, las wokół stałby w płomieniach. Zastanawiam się, czy powinienem czuć się obrażony tym, że mni tak nie doceniasz, czy wzruszyć się twoją troską o moje parszywe życie. Jestem rozdarty, magu – wycedził Akarian. Na potwierdzenie swoich słów ponownie spróbował przebić czarodzieja od tyłu sztyletem z pozłacaną rękojeścią. Broń odbiła się od bariery, nie czyniąc żadnej krzywdy.
– Cóż poradzę. Przywiązałem się do ciebie, najemniku. – Alaric bezradnie rozłożył ręce. Travis Kender otworzył drzwi i z torbą przerzuconą przez ramię pokuśtykał w stronę linii drzew. Czarodziej widział niepewne spojrzenie staruszka, która rzucał w jego stronę. Miał nadzieję, że mężczyzna nie spróbuje się wykazać idiotycznym heroizmem i nie rzuci mu się na pomoc. Mógłby zupełnie niepotrzebnie zginąć.
– Jestem zdruzgotany twoja dobrością. Jedynymi osobami w moim życiu, z którymi czułem się tak mocno związany, byli moi rodzice. A teraz ty dołączasz do tego szacownego grona. Nie sądziłem, że taka chwila nastąpi.
– Chętnie bym cię uściskał, gdybym nie wiedział, że twoi rodzice nie żyją. I to z twojej winy – odparł równie serdecznie Alaric, wzdrygając się w środku. Najemnik nigdy nie powiedział mu tego wprost, ale spotykał ludzi, którzy nosili piętno ojcobójstwa lub matkobójstwa. Akarian do nich należał. Mag nie rozumiał, jak moża było się tego dopuścić. Zabicie ludzi, którzy dali ci życie stanowiło największą zbrodnię. Jego matka zmarła przy porodzie, a ojca nigdy nie poznał. Jak było można dobrowolnie pozbawić się tak cennego daru, jakim byli rodzice?
– Obawiam się, że to jeden z tematów tabu, których nie powinieneś poruszać. Możemy kontynuować? Twój nowy znajomy oddalił się już wystarczająco.
Zaskoczony Alaric zerknął ostrożnie w bok. To mógł być wybieg, który miałby za zadanie stworzyć Akarianowi sytuację idealną do ataku. Dlatego mag naprawdę się zdziwił, gdy w dali, pomiędzy drzewami mignęła mu sylwetka Travisa. Najemnik zdawał sobie sprawę, że ogranicza się ze względu na tego staruszka. Jednak powód, dla którego to uszanował i poczekał, pozostawał dla czarodzieja tajemnicą.
To się robi naprawdę irytujące.
Alaric prawie uniósł ręce ku górze w wyrazie frustracji, ponownie słysząc głos Lysandra w swojej głowie. A myślał, że ma to już za sobą.
Dziękuję, bardzo się staram. I jeszcze żyję. Cieszysz się?
Niezmiernie. Czy zdecydowałeś się wycofać?
Nie. Poradzę sobie. Daj mi kwadrans – odpowiedział w myślach Alaric, wyczuwając, że czarnoksiężnik odrobinę zmienił podejście. – Proszę – dodał po chwili. Jakoś zawsze działało, gdy używał tego słowa i wpatrywał się nieustannie w Lysandra. Teraz nie mógł spojrzeć na przyjaciela, ale miał nadzieję, że to wystarczy. Chwila ciszy utwierdziła go w tym przekonaniu.
Kwadrans – zgodził się niechętnie Lysander, a po tych słowach zniknął z głowy Alarica. Ten uśmiechnął się szeroko do Akariana, który wciąż spoglądał na niego wyczekująco.
– Możemy kontynuować, najemniku.
– Jak sobie życzysz, wasza wysokość – odparł z uśmiechem Akarian, cofając się o kilka kroków. Kierując się rzadkim u niego odruchem serca pozwolił postronnemu świadkowi oddalić się w spokoju, ale teraz nie zamierzał się powstrzymywać. Jeśli ktoś się wtrąci – zginie.
Nie czekając ani chwili dłużej, przywołał swoją broń, aż zawisła w powietrzu wokół maga, otaczając go z każdej strony. Otaczająca Alarica bariera wydawała się być potężna, lecz Akarian zawsze wychodził z założenia, że wszystko w pewnym momencie się załamie, jeśli tylko poślesz na to wystarczającą liczbę ostrzy. A ich najemnik miał aż nadto. Spotkał na swojej drodze wielu ludzi, którzy opowiadali o potędze słowa, możliwościach, jakie ze sobą niesie. Jednak jeszcze nikogo owa siła nie uchroniła przed zdradliwym ciosem. Prawdziwa siła leżała nie w mowie, nawet nie w magii, ale w starych dobrych mieczach i włóczniach. Zamierzał to udowodnić.
Wypowiedział w myślach rozkaz w zapomnianym już przez ludzi języku, których nauczył go ojciec. Poczuł, jak broń odpowiada na jego polecenie. Zasypał maga nieprzerwanym deszczem setek ostrzy, które uderzając w barierę zamieniały się w pył, gdy czas minął, a ich miejsce zajmowały kolejne.
Alaric zdecydował się je zignorować. Sięgnął umysłem do otaczającego go lasu, nakłaniając naturę do pomocy. Potężne korzenie wystrzeliły z ziemi, próbując przebić jego przeciwnika. Ich drzazgi opadły na ziemię chwilę później, gdy przecięło je ostre ostrze topora. Czarodziej zmarszczył brwi niezadowolony. Wyglądało na to, że tym razem będzie musiał się postarać.
Granatowe niebo w mgnieniu oka zasnuły ciężkie chmury, które zasłoniły gwiazdy i światło księżyca. Uśmiechnął się szeroko, słysząc pomruk nadchodzącej burzy i wyczuwając zapach ozonu. Odkąd Lysander zacząć go uczyć, największą uwagę przykładał do zaklęć związanych z przyrodą. Potęga natury fascynowała go od dziecka, gdy przyglądał się z oddali, jak złaknieni wody wędrowcy przybywają do jego wioski, a jeden łyk orzeźwiającej cieczy ratuje im życie, które chciało im odebrać słońce. Potem wędrował przez miasta i wioski, obserwując, jak ta sama woda zalewa doliny, odbiera życia i niszczy uprawy. Fascynowała go pustynia i wiejący na niej wiatr – w dzień przynoszący choć odrobinę ochłody, w nocy zaś każdy podmuch groził wyziębieniem. Natura miała tak wiele oblicz, tak wiele sekretów, a jednak nad wyraz chętnie nagnała się do jego poleceń, ratując mu życie i niosąc innym śmierć.
Zerwał się gwałtowny wiatr, wyginając konary drzew. Akarian zaklął, gdy pierwsze krople spadły z nieba. Ograniczona widoczność nie była tym, o czym skrycie marzył. Mag ograniczył pole widzenia także sobie, ale najwyraźniej się tym nie przejmował. Dla najemnika stanowiło to zaś spory problem. Nie mógł dokładnie wycelować broni w coś, czego nie widział, a ataki wroga stawały się trudniejsze do przewidzenia. Kolejny potężny podmuch wiatru zdekoncentrował go, przemoczone włosy wymknęły się z warkocza i wpadały mu do oczu. Oślepiająco białą błyskawicę zobaczył za późno, aby usunąć się z drogi. Instynktownie sięgnął myślami do skarbca, wydobywając kolejny przedmiot ze swojego arsenału.
Alaric podniósł zdziwiony brwi, gdy wiązka energii nie dotarła do celu. Została wchłonięta przez olbrzymią tarczę z brązu, na której wyryto inskrypcje z martwym języku ludzi Południa. Znaki żarzyły się przez chwilę jasnym światłem, które najpewniej pochodziło ze stworzonej przez Alarica  błyskawicy.
– Więc lubujesz się w antykach? – rzucił sarkastycznie, odrobinę zirytowany. O ile wcześniej nie miał pewności, to teraz ją zyskał. Większość ostrzy, którymi władał Akarian, była dobrej jakości, ale zupełnie zwyczajna. Jednak wśród tego ogromu wyczuł kilka niesamowitych egzemplarzy. Jakim sposobem najemnik dotarł do zaklętej przez potężnych magów broni?
– Tylko tych, które posiadają interesującą historię – odpowiedział głośno Akarian, próbując przebić się przez wiatr i deszcz. – Podobno ta tarcza należała niegdyś do potężnego herosa, będącego synem króla bogów i śmiertelniczki. Umarł młodo i w wielkiej chwale, ale pozostawił po sobie podarunek od ojca. Szlachcic, któremu ja ukradłem, zarzekał się, że to prawdziwa historia. A jak ty uważasz?
– Sądzę, że w każdej opowieści jest ziarnko prawdy – stwierdził kulturalnie Alaric, rozwierając ziemię pod stopami rozmówcy. Odpowiedziały mu przekleństwa, ale nie krzyk pełen agonii, którego się spodziewał po upadku do trzydziestometrowej przepaści. Zlikwidował deszcz, aby mieć lepszą widoczność.
Akarian wisiał nad rozpadliną, trzymając się złotego łańcucha, którego koniec rozpływał się w powietrzu. Najwyraźniej arsenał zielonowłosego nie ograniczał się do ostrzy i tarcz.
– To… interesujące – stwierdził Alaric, stając kilka centymetrów od przepaści i przyglądając się złotym ogniwom. – Czy on też jest magiczny?
 Odpowiedział mu szeroki uśmiech Akariana. Nie zdążył się cofnąć, gdy najemnik pojawił się przed nim niespodziewanie, jakby użył teleportacji. Trzymane przez niego ostrze sztyletu przecięło powietrze, przechodząc bez problemu przez barierę. Ten atak nie zawierał nawet odrobiny magii, którą miała za zadanie powstrzymywać.
Przez chwilę czarodziej przyglądał się z zatrważającym spokojem, jak sztylet zagłębia się w jego boku, zastanawiając się, kiedy trafi w niezbędne do funkcjonowania organy. A potem obraz przed jego oczami pociemniał, a Alaric całkowicie stracił panowanie nad swoją mocą.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Bardzo przepraszam za tak długą przerwę - jakoś nie potrafiłam się zebrać (pewnie przez te upały). Musicie wybaczyć mi te zakończenie - miałam zamiar skończyć ten wątek, ale czasowo się nie wyrobiłam, bo za godzinę wyjeżdżam. Nie będzie mnie przez trzy tygodnie, więc proszę nie spodziewać się rozdziału.
Nadrobię zaległości na blogach, gdy wrócę i będzie trochę chłodniej, bo teraz siedzenie przy komputerze to makabra :D 
Rozdział zupełnie niesprawdzany, ale i tak liczę na wasze komentarze i opinie :D
Pozdrawiam,
Mentrix
Mia LOG