Lista utworów

04 października 2015

Rozdział XIX

Akarian Rosserau rozparł się wygodnie na czarnej sofie, ze znudzeniem wpatrując się w swojego szefa, który już od piętnastu minut chodził w kółko, tworząc genialny plan. Zielonowłosy bał się, co tamten wymyśli, bo wyraz twarzy Marcusa jednoznacznie wskazywał na powolną i bolesną śmierć wrogów.
– Dlaczego mnie odwołałeś? Z wielką chęcią bym go zabił – mruknął, sięgając po kieliszek wina, stojący na szafce obok. Podniósł go i umoczył usta w czerwonej cieczy. Parsknął głośno, kiedy jej poziom drastycznie wzrósł, wylewając się z naczynia i plamiąc mu białą koszulę. No tak, to było wino Marcusa, a on nie pozwolił mu pić. Odłożył ostrożnie kieliszek na poprzednie miejsce. Czasem miał naprawdę dość swojego szefa, ale mieli podobne cele, obaj kochali śmierć, a potęga czarnoksiężnika była Akarianowi znana, więc nawet nie myślał o zdradzie.
– Nie był istotny, miałeś zabić króla, jego ewentualnie przy okazji. Trochę ci się przeciągało, twoje gadulstwo mogło nam sprawić sporo problemów. Bo kto przy pierwszej okazji wymawia imię swojego zleceniodawcy?!
Na początku spokojny, teraz głos Marcusa przeszedł w krzyk. Butelka wina i kieliszek popękały, okruchy szkła rozsypał się po całej komnacie. Akarian poczuł jak niematerialne palce łapią go za szyję i unoszą w powietrze. Wisiał metr nad podłogą, walcząc o każdy oddech.
– Jeszcze jedna taka sytuacja, a małe dzieci znajdą w jakimś zagajniku twoje zmaltretowane ciało. Czy to jasne? – wysyczał, podchodząc do wiszącego chłopaka i patrząc mu w oczy. Akarian wzdrygnąłby się, gdyby nie to, że ledwo miał siłę na skinięcie głową. Te złote oczy ze źrenicami w kształcie klepsydry zawsze go przerażały. Przypominały, jak wielka jest różnica w poziomie mocy między nim a Marcusem.             
Niematerialne palce puściły, a on upadł na kolana, dysząc ciężko i łapczywie łapiąc powietrze.
– Przepraszam – wybełkotał, trzymając się za bolące gardło. Z wysiłkiem usiadł na kanapie i użył odrobiny mocy. W jego ręku pojawiła się szklanka z wodą. Przełknął łapczywie ciecz, która zimnym strumieniem ukoiła odrobinę ból. Spojrzał na szefa zamglonym wzrokiem.
Ten stał przed regałem z książkami, trzymając w rękach jakiś gruby tom. Przeglądał kolejno kartki, szukając czegoś. Gdy znalazł potrzebną informacje, zaznaczył ją czarną wstążką. Nigdy nie czarował w obecności swoich podwładnych. Magia, którą stosował mogłaby ich zabić bez problemu. Nie to, że się o nich martwił. Po prostu nie chciał tracić pionków na początku rozgrywki z Lysandrem.
– Właściwie, dlaczego chciałeś go tak bardzo zabić? – zapytał bez zainteresowania.
– Nienawidzę piękna – wymamrotał Akarian, śledząc wzrokiem węża, który prześlizgnął się z pomieszczeń należących do czarnoksiężnika.
– I dlatego chciałeś go zabić? – Marcus nie wiedział, dlaczego wdaje się w tą bezsensowną rozmowę. Jego wróg nie wykonał żadnego ruchu, a pojedynek między Adrianą a Lilith jeszcze się nie zaczął. Właściwie po to wezwał tu zielonowłosego. Jeśli czarownicy nie uda się zabić zabójczyni i polegnie, to chłopak zajmie jej miejsce i dokończy robotę. Na razie pozostawało tylko czekać, jak postąpią obie kobiety.
– Tak – prosta odpowiedź. To dlatego Marcus mu tak często odpuszczał. Akarian uwielbiał zabijać i z premedytacją zadawać ból. Kazałeś mu kogoś zabić, najprawdopodobniej wróci z czterema trupami, a nie jednym. Nie miało dla niego znaczenia, czy to kobieta, dziecko, zdrajca, czy święty. Tych, którzy byli jego zdaniem piękni, zabijał z wyjątkową brutalnością. Marcus nie znał powodu i szczerze mówiąc mało go obchodził. Tylko żeby był pożyteczny.
– Może kiedyś się na niego natkniesz i wtedy zabijesz. Prawie nie miał mocy, więc nie powinieneś mieć problemu. A teraz wynoś się. Wezwę cię, jak sytuacja się rozwinie.
Zanim zielonowłosy zdążył zaprotestować, otoczył go czarny pył i znalazł się na jednym ze wzniesień, niedaleko kryjówki Marcusa.
Tak, jeszcze go spotka i zabije. Na wspomnienie fioletowych oczu i niebieskich włosów coś w nim zawrzało. Gdy porównał jego moc ze swoją, ewidentnie górował. Ale wciąż miał wrażenie, że o czymś nie wie, że coś przegapił. Pomimo swojej sytuacji, fioletowooki wydawał się w pełni panować nad sytuacją. Nawet chwilę przed tym, jak Akarian został wezwany przez Marcusa, wyraz twarzy młodzieńca nie wskazywał na przerażenie, a przecież nie miał szans wygrać z tą swoją zamiecią jako obroną. Jednak w jego oczach zobaczył tylko niezadowolenie i pogodzenie się z losem, lecz nie ze śmiercią. Jakby miał jakiegoś asa w rękawie i był zmuszony go użyć. Cały czas kpił z niego. A ponieważ Akarian nienawidził kpin i piękna, a strateg łączył w sobie obie te cechy i to w dużym natężeniu, musiał zginąć.
– Przygotuj się, Jinie Croisseux. Nadchodzę, niosąc twoją śmierć…

***

Gilan niechętnie otworzył oczy. Nie miał ochoty wracać ze świata sennych marzeń, gdzie było mu ciepło, miło i wygodnie. Jednak świadomość, że nie wszystko jest tak, jak powinno być, sprawiła, że powrócił do rzeczywistości.
Pierwsze co zobaczył to ozłocony sufit pełen ikon i płaskorzeźb. Legendarni królowie staczali na nim bitwy, rycerze ratowali damy z opresji. Przedstawione mity i baśnie jakby żyły własnym życiem. I różniły się od wersji, które opowiadała zwiadowcy matka. Co chwila dało się zauważyć postaci w czarnych pelerynach lub ludzi w dziwnych szatach. Wokół tych ostatnich namalowano dziwne poświaty, każda innego koloru. Najdziwniejsze było to, że ich posiadacze co chwila interweniowali w ukazane wydarzenia, pomagając późniejszemu zwycięzcy. A podania ludowe o nich nie wspominały.
Dziwne ciepło w boku sprawiło, że chłopak niechętnie oderwał wzrok od sufitu. W momencie. Gdy spojrzał na głęboką ranę otoczoną złotym światłem, z której wciąż kapała krew, wspomnienia powróciły.
Lilith, podziemia, tunele, sztylet.
Spodziewał się śmierci, ale wciąż żył. Rana dziwnie świeciła, nie czuł bólu. I na dodatek znajdował się nie wiadomo gdzie. Miał nadzieje, że Lilith się nie udało go wykończyć. To byłaby hańba. Zostać zabitym przez kobietę i to jeszcze nawet nie podejmując walki.
Odgonił od siebie te myśli, skupiając się na rzeczywistości. Najważniejsze teraz było zatamować ranę i wydostać się z tego miejsca. Nie wiedział, czy czarownica sobie już poszła, czy czeka, aż Adriana wróci. A coś mu mówiło, że spotkanie tych dwóch kobiet odbije się wielkim hukiem na całe królestwo. Z tego co zdążył zauważyć, obie miały podobne charaktery. Nie zniosłyby wygranej przeciwniczki, tym bardziej, że prawdopodobnie się znają, co wywnioskował z wcześniejszego monologu Lilith. Musiał się stąd zmywać i zadbać o to, aby się nie spotkały. Przynajmniej teraz.
Usiadł prosto, opierając się o zimną ścianę. Kropelki potu spłynęły mu po twarzy. Nawet bez dokładniejszych oględzin mógł stwierdzić, że nie jest dobrze. Stracił za dużo krwi i miał wysoką gorączkę. Obok niego leżał kawałek szkła. Pewnie odpadł od wielkiego kandelabru, który wisiał tuż nad nim.                   
Postanowił zostawić na później rozważania, dlaczego wszystkie świece na nim są zapalone. Bo po zaduchu, który tu panował i drobinkach kurzu i powietrzu, można było stwierdzić, że od wieku tu nie zaglądał.
Chwycił odłamek, chcąc go użyć zamiast noża, który zostawił w kuchni. Zanim jednak zdążył odciąć kawałek koszuli, z którego mógłby zrobić opatrunek, pieczenie w boku nasiliło się. I właśnie wtedy, na jego oczach, rana całkowicie zniknęła. Złoty pył uniósł się w powietrze. Gdy zwiadowca patrzył na to z szeroko otwartymi ustami, ten zaczął przybierać ludzki kształt.
Po chwili stał przed nim postawny mężczyzna. Nie mógł dorównywać co prawda umięśnieniem wikingom, ale w porównaniu do drobnej postury Gilana, był wielki. Oczy miał ciemne, podobnie jak włosy, które były związane w koński ogon. Ich koloru nie mógł dokładnie określić, ponieważ mężczyzna cały mienił się złotym pyłem. Nie, on był z niego stworzony, nie miał materialnej postaci. Ubrany w ciężką zbroję, w kilku miejscach poplamioną krwią i pokrytą rdzą. Na prawym ramieniu widniał jego herb. Prawie niewidoczny, ale dało się zauważyć czaszkę i skrzyżowane pod nią miecze. Przypominał herb Adriany, ale nie był dokładnie taki sam. I na pewno nie było go w spisie herbów z całej historii królestwa Araluenu. Kiedyś go dokładnie przestudiował. Oto, do czego może doprowadzić zwiadowcę nuda.
Zastanawiał się, czym był mężczyzna. Jakoś niekoniecznie się go bał, co w jego sytuacji zakrawało o głupotę.
– Jestem zjawą, umarłym, który ma na tym świecie coś jeszcze do zrobienia i nie może odejść.
Jego głos pojawił się w jego głowie. A sam Gilan po prostu postanowił owy fakt zaakceptować, bo jeśli tego nie zrobi, to za chwilę zwariuje. Natężenie zjawisk niemożliwych i paranormalnych w jego życiu przekroczyło życiowy limit. A trzeba zaznaczyć, iż zrobiło to w ciągu jednego dnia.
– Kim jesteś dokładniej?
– Jam jest Henrik Salazar von Arrindgen, założyciel zakonu Assasynów z Czarnej Wieży. Pan na Wyspach Zachodnich, pogromca Madileusza, demona zniszczenia i Zadrysa, władcy olbrzymów. Jam jest przyjaciel Merlina, czarodzieja nad czarodziejami, pierwszy władca Excalibura.
Gilan nic nie odpowiedział, zastanawiając się czy w codziennym życiu umknęły mu gdzieś demony i olbrzymy spacerujące spokojnie po miejskich uliczkach. Całkiem możliwe, bo w końcu, jak to mawiał Halt, człowiek widzi to, co spodziewa się zobaczyć. A Gilan z pewnością nie wypatrywał dziwnych stworów.
W końcu postanowił się odezwać, bo Henrik stał tylko, patrząc się na niego poważnie.
– Czy mogę wiedzieć, dlaczego jestem żywy?
O tak, bardzo dobrze sformułowane pytanie, to od niego powinien zacząć rozmowę.
– Bo nie możesz jeszcze umrzeć.
– Aha, to z łaski swojej powiedz mi, gdy już będę mógł, dobrze?
Mężczyzna zmarszczył brwi, wreszcie domyślił się, że zwiadowcy nie o taką odpowiedź chodziło i z tego powodu nadał on swojej wcześniejszej wypowiedzi sarkastyczny ton.
– Uzdrowiłem cię. I zanim zapytasz, nie, nie mogę uzdrawiać każdego. Szczerze mówiąc, to był to jednorazowy wyczyn. Więc nie daj więcej tak sobą pomiatać.
– Pomiatać? – spytał z niedowierzaniem. – Przecież ta wiedźma miała moc. I bez trudu rzucała mną na wszystkie strony. Czego można oczekiwać po jednym, małym zwiadowcy?
– Z reguły wiedźmy posiadają moc, właśnie temu zawdzięczają swoją nazwę. Radziłem sobie z większymi przeciwnikami.
– A w jaki to sposób, jeśli można wiedzieć?
– Mieczem – odparł dumny, prostując się na całą swoją wysokość. Serio, mógł mieć ze dwa metry. A przedtem Gilan uważał się za wysokiego. Więcej tego błędu nie popełni.
– Och, chyba go jednak zgubiłeś – rzekł zwiadowca, udając współczucie. Sam nie wiedział, dlaczego nie zachowywał się rozsądnie i poważnie. Chyba brakowało mu Adriany do codziennych sprzeczek. Henrik nie mógł być co prawda jej substytutem, ale to zawsze coś.
Wojownik westchnął, przeczesując niematerialną ręką włosy. Ten mniejszy chłopak strasznie go irytował. Naprawdę, nie wiedział, dlaczego to akurat on miał być dziedzicem. Ale przynajmniej Adriana go chyba lubiła, a to było dla von Arrindgena bardzo ważne. Nie chciał, aby dziewczyna, z resztą ostatnia z jego wielkiej rodziny, męczyła się, chroniąc znienawidzonego mężczyznę. Bo wbrew temu, co sądzili jego dawni przeciwnicy, rodzina była dla niego bardzo ważna. A uważał za nią każdego członka zakonu od sześciuset lat jego istnienia. Adriana, choć samotna, nie była wyjątkiem. Czuwał nad nią z oddali, podobnie jak jej babka i rodzice. Nie wiedziała o tym i lepiej, aby tak pozostało. I tak za chwile wszyscy będą musieli odejść do zaświatów, gdy tylko przekaże swoje brzemię komu innemu.
I to nie była jego wina, iż kandydat nie wydawał się skory do nawiązania współpracy. Ale miał on jedną wadę, która go do tego skłoni. Nieświadomie, ale jednak. Ciekawość.
– Raczej schowałem go w bezpiecznym miejscu. Tylko raz na kilka wieków pojawiają się ludzie, którzy mogą dzierżyć Excalibura. Poprzedni kandydat został zabity, zanim członkowie zakonu zdążyli go znaleźć. A teraz pojawił się kolejny.
Spojrzał znacząco na Gilana. A ten postanowił zgrywać idiotę. Nie zamierzał wkręcić się w ten cały cyrk, którego w ogóle nie rozumiał i skończyć, latając po całym świecie za jakimś mieczykiem. Nawet bardzo ładnym mieczykiem. A wszystkim, którzy obracali się wokół zwiadowcy dłużej niż rok, było wiadome, że kochał miecze. Ale w tym wypadku chciał tylko uwolnić ojca i pozostałych zwiadowców oraz wrócić do codziennego życia.
Za nic nie będzie więcej słuchał o tej możliwie wspaniałej przygodzie.
– I co w związku z tym? – spytał, wpatrując się prowokująco w wojownika.
– Chodź ze mną do pewnego miejsca, tam ci wszystko wyjaśnię.
Och, oczywiście, że nie pójdzie. Zachowa zdrowy rozsądek, podziękuje grzecznie za uratowanie życia i pójdzie szukać Adriany.
Z drugiej strony, mógł wysłuchać opowieści, zobaczyć, co Henrik chciał mu pokazać, a potem znaleźć Adrianę. W końcu dorosła jest, sama sobie da przez kilka minut radę. Bo tyle zajmie mu wysłuchanie wojownika. I wcale nie wyjmie udziału w tej całej zabawie z Excaliburem, w której chodziło nie wiadomo o co.
– Prowadź – podjął decyzję, a w jego oczach czaiła się ciekawość.
Henrik Salazar von Arrindgen uśmiechnął się do siebie w myślach. Tak jak myślał.

Ciekawość, największa wada, jaką mógł posiadać człowiek. A ten zwiadowca miał jej w nadmiarze.
***

Przepraszam, że tak krótko i nie ma Adriany, ale jej spotkanie chcę opisać szczegółowo, więc na to trzeba oddzielny rozdział. A ten mi jakiś dziwny wyszedł, mam wrażenie, że w tym wypadku trochę opuściłam poziom. Mogłam wszystko dokładniej opisać, ale już trudno. Mam jednak nadzieję, że pomimo tego się wam w miarę podobał. 
Pozdrawiam.
Mentrix
Mia LOG