Lista utworów

11 listopada 2018

Rozdział XLV


Mieszkali w trójkę w głębi Południowego Kontynentu. On, matka o urodzie typowej dla miejscowych kobiet i ojciec o przedziwnych włosach w kolorze zieleni i niezwykle jasnej cerze. Nigdy nie spytał go, skąd tak naprawdę pochodził, ani czy gdzieś na północy, wschodzie czy zachodzie mają jakąś rodzinę. To był jeden z tematów tabu, których nie można było poruszać w ich murowanym, tak niezwykłym w tej upalnej i biednej okolicy domu. Żyli we trójkę, razem jedli, śmiali się i spędzali czas. Ojciec uczył go swojego rodzinnego języka, a matka czytała książki przed snem. W głębi serca wiedział, że to nie będzie trwało wiecznie. Czuł, że coś strasznego nadejdzie, widział to w oczach ojca, który co jakiś czas opuszczał dom, aby zarobić na życie, coraz częściej wyczuwał na sobie pełnie niepokoju spojrzenie matki.
Dorastał i rozumiał więcej, a im było to coraz trudniej to ukrywać. W wieku siedmiu lat zrozumiał, że ojciec jest najemnikiem, o których czytał w książkach. Starał się udawać, że miecz ojca, gdy ten wracał do domu, nie był unurzany w ludzkiej krwi. Odwracał wzrok, gdy matka ze spokojem prała zakrwawione koszule. Zatykał uszy, gdy leżąc w łóżku słyszał ich rozmowę w izbie kuchennej, gdy jego kochająca i troskliwa rodzicielka gratulowała mężowi dobrze wykonywanego zadania, a on wręczał jej jeden z tych pięknych upominków, które tak uwielbiała.
Po jakimś roku przestało to mieć dla niego znaczenie. Zmienili się. Matka, ojciec, a najbardziej on. Dlaczego miał się przejmować śmiercią innych ludzi, jeśli dzięki temu mieli co jeść, a oczy matki świeciły się za każdym razem, gdy dostawała nową błyskotkę? Czy to było złe? Książki jasno mówiły, że zabijanie jest złe, ale przecież jego rodzice nie byli złymi ludźmi. Wciąż spędzali z nim czas, matka tuliła go do snu, a ojciec nawet zaczął go uczyć władania mieczem.
– Na przyszłość – tak powiedział.
W wieku dziewięciu lat na jego dom napadła żądna zemsty na jego ojcu banda dezerterów z armii księcia władającego tym regionem, a wszystkie maski opadły. Nie czuł nic, gdy patrzył, jak matka wyciąga ze skrzyni wielki miecz i trzymając go bez problemu rzuca się na mężczyzn. W którymś momencie krew jednego z nich ochlapała mu twarz, a on wciąż stał i po prostu się patrzył. Na krew, ciała leżące na ziemi, odrąbane członki i jego troskliwą matkę, która z błyskiem szaleństwa w oczach bierze kolejny zamach. Wiedział, że było ich za dużo. Nawet nie drgnął, gdy jeden z oprychów wyciągnął rękę w jego stronę. A potem był już tylko świst ostrzy, jęki konających i głuchy odgłos, gdy martwi uderzyli o ziemię, wzniecając tumany pyłu. I jego ojciec – stojący nad tymi wszystkimi trupami, z pozbawionym emocji spojrzeniem i tysiącami ostrzy unoszącymi się wokół niego w powietrzu i błyszczącymi w słońcu.
Nigdy nie spytał go o tą dziwną umiejętność. Po tym wydarzeniu już prawie ze sobą nie rozmawiali. Spojrzenie matki było teraz pełne strachu, gdy na niego patrzyła, chociaż tego nie rozumiał. Nie zrobił nic przerażającego – w przeciwieństwie do nich.  Większość czasu spędzała wgapiając się w swoją kolekcję błyskotek, co go niemiłosiernie denerwowało. Czy piękne przedmioty były ważniejsze niż własny syn? Żyli obok siebie, ale nie razem. Ojciec wciąż uczył go władać bronią, jednak ich konwersacja ograniczyła się do wydawanych poleceń. Nie przeszkadzało mu to. Ci ludzie byli dla niego obcy. Każdy z nich zapatrzony we własne cele, uciekający do własnego świata czy to błyskotek czy pracy, troszczący się o własną skórę. Powoli zaczynał nienawidzić ludzi, których kiedyś nazwałby rodzicami. Szczególnie matki.
Nie zdziwił się, gdy w noc przed jego dwunastymi urodzinami obudziły go natarczywe szepty. Ojciec mówił coś o przekleństwie, niezmiennym losie i obowiązkach. Wtedy nie chciał tego słuchać i po prostu przewrócił się na drugi bok, próbując zasnąć. Niecałą godzinę później poczuł uginające się pod czyimś ciężarem łóżko i uchylił powieki. Napotkał znudzony wzrok ojca i szaleństwo błyszczące w oczach matki, gdy ta podnosiła nóż kuchenny do góry, celując w pierś swojego jedynego syna. Zareagował instynktownie, odpychając ją jak najdalej, gdy mamrotała pod nosem o swojej kolekcji pięknych waz i szkła, która była ważniejsza od niego. Mówiła, że nie jest jeszcze gotowa, że on jest potworem. A potem nie mówiła już nic, tylko krztusiła się krwią wypływającą z jej gardła. Nawet nie wiedział, jak to się stało, jego umysł został zasnuty mgłą. Pozostał tylko głos, który mówił, że robi dobrze, że tak trzeba. Potem pamiętał już tylko ojca próbującego się bronić i ostrza, które przestały go słuchać i przebiły jego ciało. I wtedy, na tą jedną, jedyną minutę znów ujrzał w oczach ojca zadowolenie, gdy usta otworzyły się z trudem.
– Jestem z ciebie taki dumny, synu.
Potem Akarian Rosserau zmienił zakrwawioną koszulę, spakował najpotrzebniejsze rzeczy i opuścił dom, przechodząc nad zakrwawionymi zwłokami mężczyzny i kobiety.
Budynek spłonął doszczętnie kilka godzin po jego wyjściu, pochłaniając przeklętą kolekcję piękna, dla której ta kobieta potrafiła zabić.

***

Świat, w którym żył, był okrutny. Akarian wiedział to doskonale, często nawet sam o to dbał. Jego los nie był wyjętą z marzeń historią, tylko przerażająco prawdziwą opowieścią, której wszystkich aspektów nawet on sam nie pojmował. Tak po prostu było. Nie narzekał – przecież większość ludzi w jego sytuacji już dawno leżałaby kilka metrów pod ziemią, a on nadal żył. Żył i robił to, co chciał. Uwielbiał tego rodzaju wolność, chociaż była okupiona mnóstwem niewinnej krwi.
Pragnął pieniędzy – wykonywał zlecenia.
Pragnął rozrywki – przyłączył się do Marcusa.
Czasem miło było napić się w miłym towarzystwie – Alaric, choć stronił się od wszelkiego rodzaju alkoholu, spadł mu jak z nieba.
W tym momencie jednak jego największym marzeniem było przeżyć, uratować swój parszywy żywot, na co jednak nie widział żadnej optymistycznej perspektywy.
W pierwszej chwili, gdy udało mu się przebić Alarica sztyletem, czuł satysfakcję. Miał kolejny dowód, po raz kolejny udowodnił wyższość ostrza nad magią. Pełen satysfakcji uśmiech pojawił się na jego wargach, gdy próbował zdusić w sobie tą dziwną namiastkę żalu, którą poczuł w tej chwili. Potem jednak nie musiał już martwić się niepokojącym przywiązaniem do tego maga, ponieważ temat jego przeżycia stał się o wiele bardziej naglący.
Nie wiedział, na co patrzył. Jeśli miałby to podsumować: rozpętało się piekło. Najwyraźniej Alaric nie panował tak dobrze nad swoja mocą, jak się wydawało. Akarian mógł się założyć, że czarodziej był ledwo przytomny, bo inaczej na pewno powstrzymałby ten wybuch energii ze względu na możliwość zranienia mieszkających w pobliskiej wiosce ludzi.
Akarian przełknął ślinę, cofając się o krok. Podświadomie czuł nadchodzące niebezpieczeństwo, a instynkt przetrwania kazał mu uciekać, chociaż jego umysł przekonywał, że daleko by nie zaszedł. Ciężko było mu to przyznać, nawet przed samym sobą, ale się bał. Zwyczajnie się bał, chociaż już dawno nie doświadczył tego uczucia. Nawet stojąc przed Marcusem.
Miał ułamek sekundy, aby podziwiać niszczycielską moc natury, zanim runęła na niego z całą siłą. Wiatr uderzył w niego, rzucając mocno na pień drzewa, który od razu zajął się ogniem. Najemnik odskoczył natychmiast, zrywając z siebie płaszcz, który powoli pożerały płomienie. Zaraz tego pożałował, bo deszcz zamienił się w śnieżycę, a temperatura spadła tak gwałtownie, że nawet nie zauważył, gdy jego buty zostały pokryte lodem i przyczepione do zamarzniętej trawy. Sięgnął po sztylet, chcąc się z tym uporać, ale nie zdążył. W ostatniej chwili przywołał złoty łańcuch, będący niegdyś własnością starożytnego władcy pierwszej cywilizacji, ratując się po raz kolejny tego dnia przed upadkiem w przepaść. Jednak tym razem nie mógł cieszyć się długo tym małym zwycięstwem, bo z nieba uderzył piorun, trafiając wprost w metalowe pierścienie, przed czym nie mógł już się uchronić. Gdy energia uderzyła w niego, był tylko w stanie tak pokierować ciałem, aby uniknąć wąskiej rozpadliny. Runął na trawę i zaraz zwinął się z bólu, próbując złapać oddech.
Znajdował się w środku małego cyklonu, otoczony istnym chaosem. Alaric nie kontrolował tego, gdzie uderzają błyskawice, gdzie rozpala się ogień, kiedy leje deszcz, a kiedy wszystko zamarza. Akarian dopiero teraz zdał sobie w pełni sprawę ze swojego błędu. Alaric Carleton był magiem natury, a zranienie go nie mogło być dobrym pomysłem. Teraz nie mierzył się z czarodziejem – mierzył się z rozwścieczoną naturą we własnego osobie. Nie mógł wygrać.
– Magu! Natychmiast przestań albo zrównasz ten teren z ziemią! – wrzasnął, mając nadzieję, że myśl o gigantycznych zniszczeniach choć odrobinę uspokoi przeciwnika. Prawdopodobnie miałby rację, gdyby Alaric był bardziej przytomny. Jednak w tym momencie mag najprawdopodobniej nie rozumiał, co się wokół niego dzieje. Przez ten cholerny wiatr i deszcz najemnik nie mógł nawet zobaczyć jego twarzy. Był w stanie rozróżnić tylko sylwetkę przeciwnika, choć ten stał niecałe pięć metrów od niego.
– Los jest naprawdę okrutny – mruknął do siebie Akarian, nie wiedzą do końca, czy ma na myśli siebie czy czarodzieja. Korzystając z chwili, przyzwał tyle ostrzy, ile dał radę i wycelował w kierunku przeciwnika. Przez otaczający go chaos nie słyszał świstu kilkudziesięciu mieczów i sztyletów, które przecięły powietrze. Obserwował tor ich lotu, czując się jednocześnie wyjątkowo naiwnie. Nie zdziwił się, gdy zostały odrzucone potężnym podmuchem wiatru. Odturlał się w ostatniej chwili, unikając miecza ze srebrną rękojeścią, który postanowił odciąć mu dłoń. Przywołał tarczę i przykucnął za nią, nie będąc do końca pewny czy nie pogorszy tylko sprawy, biorąc pod uwagę szalejące wokół błyskawice.
Musiał stąd uciec i to jak najszybciej. Dorobił się już poparzeń, został trafiony piorunem, przemarzł na kość, a najwyraźniej Alaric wciąż miał w swoim repertuarze zaskakująco niebezpieczne atrakcje. Zastanawiał się, czy będzie musiał w końcu użyć…
Ryk ognia przerwał jego myśli, gdy dosłownie cały las za jego placami stanął w plamieniach. To rozwiązywało problem ucieczki. W życiu nie wbiegnie między drzewa, które lada chwila mogą runąć. Od zawsze uważał śmierć w płomieniach za najokrutniejszy wymysł katów.
Mógł poczekać, aż Alaricowi skończy się energia. Według podstawowych praw magii każdy czarodziej miał swój limit. Tak naprawdę ograniczała go tylko jego wyobraźnia i ilość mocy, z jaką się urodził. Akarian słyszał plotki o tym, że Marcus nauczył się czerpać ową energię nie z własnych zasobów, ale z otaczającego go świata, przez co skomplikowane zaklęcia go nie osłabiały. Alaric jednak nie potrafił tego zrobić. Przynajmniej taką nadzieję miał najemnik, bo powoli kończyły mu się opcje. Aktualnie bardziej przypominał psa zapędzonego w róg, niż silnego wojownika, który zawsze decydował o swoim losie. Jako, że walczył o życie, niezbyt go to obchodziło.
– Carleton, przestań! – wrzasnął, próbując przekrzyczeć wiatr. Ku jego zdumieniu zadziałało. Przynajmniej częściowo. Wiatr i deszcz ucichły, ziemia przestała się trząść – tylko las wciąż płonął, pochłaniając kolejne drzewa.
Najemnik ostrożnie wychylił się zza tarczy, próbując ocenić sytuację. Wciąż grzmiało, ale wydawało mu się, że burza powoli odchodzi. Wstał z trudem, przywołując do ręki miecz. Alaric stał kilka metrów od niego, teraz doskonale widoczny w poświacie rzucanej przez  płonący las. Wyglądało na to, że mu się udało. Zrobił ostrożnie krok w stronę maga, krzywiąc się, gdy wreszcie poczuł ból w prawdopodobnie skręconej kostce. Miał nadzieję, że skręconej. Przedtem działała adrenalina, wytłumiając ból, ale teraz zaczynał powoli odczuwać skutki starcia z żywiołem natury. Nigdy więcej. Chyba, że się dobrze przygotuje.
– Posłuchaj, magu – zaczął, stając metr od niego. Nie wiedział, co chce powiedzieć. Jego wzrok mimowolnie powędrował na bok maga, gdzie materiał białej koszuli zrobił się całkowicie purpurowy, a krew wciąż wypływała z rany. Biorąc pod uwagę czas, jaki minął od momentu, gdy Akarian dźgnął go sztyletem, mag powinien niedługo stracić przytomność z upływu krwi. To mogła być doskonała okazja, by najemnik ulotnił się bez żadnych konsekwencji.
– Sugerowałbym…
Dopiero teraz spojrzał na twarz czarodzieja. Niebieskie oczy patrzyły na niego, ale go nie widziały. Pomylił się. Za późno.
Nie minęła sekunda, a leżał na ziemi. Miecz wypadł mu z ręki i zniknął w pozostałej po wybuchu mocy szczelinie. Próbował przywołać kolejny, ale nie dał rady. Spod ziemi wystrzeliły korzenie i oplotły jego nadgarstki, przyszpilając do zmarzniętej trawy. Nie zdążył zareagować, gdy jeden z nich owinął mu się wokół szyi i zaczął się zaciskać.
Alaric stał nad nim i po prostu patrzył, jak najemnik powoli zaczyna się dusić.
– Magu… Nie możesz mnie tak zabić… Nie w ten sposób… Myślałem, że rozumiesz… - wycharczał, czując, że brak tlenu zaczyna mu powoli mącić w głowie. Wzrok mu się rozmazywał, gdy próbował się szarpać. Ten cholerny czarodziej naprawdę próbował go zabić w tak parszywy i godny pożałowania sposób i nawet…
– Jak śmiesz nawet na mnie nie patrzeć! – wrzasnął w odruchu wściekłości, pozbywając się z płuc cennego tlenu. Nawet na niego nie patrzył. Nie widział go. Pewnie nawet nie słyszał. Akarian odmawiał zostanie zabitym przez osobę, która straciła panowanie nad własną mocą, ciałem i umysłem.
– Jak… - Kolejne słowa ugrzęzły mu w gardle i zostały zastąpione okrzykiem bólu. Z przerażeniem patrzył na wystający z jego brzucha gruby korzeń, który przebił go na wylot. Czuł chropowatą powierzchnię zagłębioną w jego ciele, która wciąż się przesuwała, powiększając ranę. Zachłysnął się krwią, a przed oczami zaczął widzieć czarne plamki.
Nie chciał umierać. Nie w ten sposób. Nie, gdy leżał bezbronnie na ziemi u stóp przeciwnika, który nawet nie zadał sobie dość trudu, by na niego spojrzeć. Nie wykrwawiając się i dusząc. Nie z korzeniem przebijającym trzewia. Zawsze myślał, że umrze w wirze walki, szybko i w gruncie rzeczy bezboleśnie. Serce przebite mieczem, ścięta głowa. Trzymając swoją broń w ręku. Otaczała go od zawsze, odkąd pamiętał, a teraz odchodził i nawet nie mógł przyzwać zwykłego, małego noża. Miał swój honor, swoją dumę. Ale nie chciał umierać, więc po raz ostatni zaczerpnął powietrza i otworzył usta.
– Proszę, Alaricu…

***

Znajdował się w jakiejś dziwnej pustce. Wokół była tylko biel. Tylko on i biel.
Słyszał dziwne szmery, jakby dochodzące z oddali wołanie, jednak nie potrafił rozróżnić słów. Nie wiedział nawet, jak się tutaj znalazł. Chociaż powinien. Coś było nie tak, zaraz miało zdarzyć się coś strasznego. Czuł dziwne pulsowanie w boku, kręciło mu się w głowie, ale nie wiedział, dlaczego.
Powinien zrobić wszystko, co w jego mocy, aby wrócić do normalnego świata. Powinien, ale nawet nie chciał się starać. Po raz pierwszy od wielu lat czuł się naprawdę spokojny i całkowicie bezpieczny. Właśnie tutaj – pośród otaczającej go bieli, która kryła w sobie znajomą energię, z którą stykał się na każdym kroku. Moc natury wirowała wokół niego, uspokajają i sprawiając, że tak bardzo chciał po prostu usiąść i zamknąć oczy. Nie obchodziły go szmery głosów, dolatujący z oddali huk grzmotów i ryk wiatru. Czuł, jakby mógł zrobić wszystko.
Gdzieś w głębi umysłu słyszał pełne niepokoju nawoływanie znajomego głosu, ale nie potrafił sobie przypomnieć imienia ani wyglądu jego właściciela. Był dla niego ważny, ale czy to miało teraz jakiekolwiek znaczenie?
Tuż przed nim pojawiło się światło. Jasna poświata otaczała błękitną energię, która wirowała wokół małego jądra. Pomyślał, że tak właśnie wyobrażał sobie inne planety, które z pewnością istniały we wszechświecie. Wielkie masy potężnej energii, które krążą wokół skupiającego je środka. Zafascynowany wyciągnął rękę, chcą dotknąć dziwnej kuli. Inny, pełen przerażenia i wściekłości głos stał się bardziej wyraźny, a on poczuł zapach krwi. Rozejrzał się dookoła, a potem spojrzał na siebie. Nic, żadnych ran. Musiał się pomylić. Po raz kolejny wyciągnął rękę, a wrzaski w głowie tylko się nasiliły. Poczuł zawroty głowy, wrażenie zbliżającej się tragedii i uciekające życie. Ale i tak sięgnął jeszcze dalej. Opuszki jego palców już prawie dotknęły wirującego błękitu…
Wtedy usłyszał je wyraźnie. Trzy głosy, powtarzające to samo zdanie.
­– Proszę, Alaricu…

***

Śmierć po raz kolejny uśmiechała się do Akariana Rosserau. Tym razem także w towarzystwie Alarica Carletona. Jakby się głębiej nad tym zastanowić, to sam mag przynosił mu nieszczęście. Towarzyszył mu, gdy najemnik otarł się o śmierć ostatnimi razy. Czy to przy ataku i ucieczce przed Nosferatu, czy to po odmówieniu Marcusowi. Z obu sytuacji ledwo uszedł z życiem, a nadal nie wyciągnął wniosków. Teraz praktycznie pogodził już się ze śmiercią.
– Bogowie, ten korzeń przebił cię na wylot. – Usłyszał głos Alarica sekundę po tym, jak konary przestały go dusić. Uchylił powieki i spojrzał na maga, który najwyraźniej już był sobą, a nawet śmiał wyglądać na zaskoczonego.
– Wszystko dzięki twojej uprzejmości, magu – wychrypiał, spoglądając zamglonymi oczami na wystający mu z brzucha korzeń. Zastanawiał się, w ile sekund się wykrwawi, gdy ciało obce zostanie z niego usunięte.
Alaric zmarszczył brwi, jakby nie do końca pamiętał, co się działo chwilę temu.
– To była tylko i wyłącznie twoja wina. Pierwszy przebiłeś mnie sztyletem – odparł, spoglądając na wykrwawiającego się na ziemi przeciwnika. Musiał przyznać, że był pod wrażeniem tego, że najemnik był w stanie mówić z taką raną.
Akarian otworzył usta, ale nic nie powiedział. Mag nie wiedział, czy zabrakło mu słów czy sił.
– Wyglądasz beznadziejnie – skomentował. Odpowiedział mu chrapliwy śmiech, który po chwili zamienił się w kaszel, gdy najemnik ponownie zakrztusił się własną krwią.
– Ty także nie jesteś okazem zdrowia. – Czerwone tęczówki spoczęły na boku maga, który dopiero teraz zauważył, że rana po dźgnięciu sztyletem wyglądała o wiele gorzej, niż kiedy spoglądał na nią po raz ostatni. To mogło tłumaczyć dziwną lekkość, jaką czuł, a także to, że ledwo stał na nogach. Ale przecież nie może upaść na kolana tuż przed wrogiem. Choćby się miał wykrwawić, będzie stał niezachwianie…
– Schowaj dumę do kieszeni i siadaj, Alaricu. Kto mnie będzie karmił, gdy ty przez własną głupotę postanowisz opuścić ten ziemski padół?
Uniósł wzrok, napotykając rubinowe oczy Blaida, który właśnie wybiegł z lasu. Biały wilk podszedł do niego, trącając go łbem. Sięgał mu do piersi, więc nic dziwnego, że osłabiony mag zwalił się na mokrą trawę obok ledwo przytomnego najemnika.
– Nie możesz robić takich rzeczy. Masz szczęście, że wróciłeś do siebie, a ogień nie dotarł do wioski. Tak to jest, jak zostawia się ciebie na chwilę samego – narzekał w jego głowie wilk. Krzywiąc się z bólu, rozdarł zakrwawiony materiał koszuli. Zrobiło mu się niedobrze, gdy zobaczył ziejącą w jego boku dziurę. To się nie skończy dobrze, zaklęcia uzdrawiające nigdy nie były jego mocną stroną.
– Prawie zawału dostałem, kiedy odezwał się do mnie w myślach Lysander. Wiesz, nigdy tego nie robił. I do tego powiedział, że nie może z tobą porozmawiać. Początkowo myślałem, że się zirytowałeś i go ignorujesz, ale kiedy nie odpowiadałeś na moje wołanie… - paplał dalej Blaid, mówiąc zdecydowanie za dużo jak na wilka.
Alaric słyszał trzy głosy. Jeden mógł należeć do Akariana – zapewne ten zawierający w sobie przerażenie i wściekłość. Drugim mógł być w takim razie Blaid, natomiast trzecim…
– To było wyjątkowo głupie i niebezpieczne. Takie w twoim stylu – odezwał się jak na zawołanie Lysander.
– Dokładnie to chciałem powiedzieć, chociaż nieczęsto się zgadzam z owym przedstawicielem sztuki magicznej…
– Zamilcz, Blaid.
– Alaricu, nie pozwól mu zastraszać twojego wiernego i oddanego czworonożnego towarzysza. Pamiętaj, że według opinii publicznej pies jest najlepszym przyjacielem człowieka, co znaczy, że jestem dla ciebie większą podporą, niż…
– Jesteś wilkiem.
– Owszem, jednak badacze udowodnili, że razem z psami należymy do bliskiej rodziny, co tylko potwierdza moje słowa…
– Zamknijcie się obaj – jęknął w myślach Alaric, czując zirytowanie Lysandra. Jakże wolał sytuację, w której czarownik udawał, że Blaid jest tylko wilkiem, a ten całkowicie go ignorował. Mogli się sprzeczać – ale dlaczego w jego głowie, gdy wykrwawiał się na śmierć?!
– W torbie masz fiolkę z fioletowym eliksirem. Trzy czwarte powinny wystarczyć na taką ranę – oświadczył Lysander, wreszcie skupiając się na swoim umierającym w tragicznych okolicznościach przyjacielu. Alaric zmarszczył brwi. Nie pamiętał, aby chował taki eliksir. Tym bardziej, że leczniczych mikstur nie potrafił ważyć.
– W przeciwieństwie do ciebie wykazałem się przezornością i dołożyłem go do twoich zapasów na podróż.
Faktycznie, gdy otworzył torbę, na samym dnie znalazł zawiniętą w miękką tkaninę fiolkę wypełnioną fioletową substancją. Skrzywił się na myśl o smaku. Eliksiry Lysandra z reguły były niesamowicie niesmaczne.
– Wypij, poczekaj, aż trochę zadziała, a w tym czasie spróbuj choć trochę naprawić panujący wokół ciebie chaos. A potem chcę cię widzieć w bibliotece.
– Jeszcze nie wracam – pomyślał Alaric, przełykając pierwszą porcję. Miał racje. Eliksir był okropnie gorzki i kojarzył mu się z zapachem bagien. Wolał nie myśleć o tym, z czego się składał. Ważne, że działał, bo ból przestał być tak dotkliwy. Rzucił kątem oka na leżącego obok nieruchomo Akariana. Najemnik miał zamknięte oczy i ciężko oddychał. Na razie nie próbował się podnieść, co było mądrą decyzją, bo tylko mógłby pogłębić uraz.
– Wracasz. Wystarczy już tego pałętania się po świecie. I zanim się teleportujesz, upewnij się, że ten człowiek się wykrwawi.
– Nie mogę wrócić. Mam coś jeszcze do zrobienia – odparł mag, ignorując drugą część wypowiedzi czarownika. Odłożył opróżnioną do połowy fiolkę na bok i skupił się na wygaszaniu ognia. Bolała go głowa, więc wyjątkowo trudno było skłonić żywioł, aby odpuścił, ale po kilku minutach odniósł sukces. Ignorując przyspieszony oddech, sięgnął w głąb ziemi, znajdując podziemne źródło i przekierowując jego koryto w stronę spalonych drzew. W dzień, z pomocą słońca, nie potrzebowałby tyle energii, aby przywrócić las do życia, jednak w nocy musiał użyć własnych rezerw, które i tak były już na wyczerpaniu. Jak na zawołanie poczuł magie Lysandra, którą ten mu usłużnie podsunął. Zwykle się kłócił, chcąc zrobić wszystko samemu, ale tym razem skorzystał z pomocy. Ze zmęczonym uśmiechem na ustach patrzył, jak z ich pomocą na drzewach znów pojawiają się liście, a na ziemi odrasta trawa.
– Jesteś o krok od całkowitego wyczerpania. Energii starczy ci na jedną teleportację, a potem zemdlejesz. Musisz wrócić do domu, bo to jedyne w pełni bezpieczne miejsce w tym momencie. Wypiłeś tylko połowę eliksiru. Dokończ porcję, bo rana nie zostanie w pełni zaleczona.
 Wrócę za dwa tygodnie. Przysięgam – mruknął Alaric, tarmosząc Blaida za uchem. – Teleportuję się w bezpieczne miejsce, a wilk będzie mnie pilnował.
Nastąpiła chwila ciszy, a potem głośne westchnienie. Alaric też chciałby umieć wzdychać ciężko w czyiś myślach.
– Dwa tygodnie. I upewnij się, że ten człowiek już ci nie zagrozi.
Alaric uśmiechnął się lekko, podnosząc się z ziemi. Bok jeszcze się nie zaleczył w pełni, ale już nie krwawił, a tkanka powoli się odnawiała. Gdyby wypił resztę, rana zarosłaby się w ciągu dwóch godzin.
– Dzięki, Lys. Co tylko sobie życzysz.
Stanął w miarę pewnie na nogach, spoglądając z góry na wykrwawiającego się Akariana. Na razie wystający z jego brzucha konar w miarę tamował upływ krwi, ale jeśli się go usunie…
Najemnik uchylił powieki, czując na sobie wzrok maga. Przez ostatnie minuty Alaric siedział w ciszy, a jedynym dźwiękiem wokół nich były radosne popiskiwania białego wilka i pomruk wygaszonego już ognia. Teraz mag stał nad nim, jego rana goiła się po wypiciu dziwnej zawartości fiolki.
– Pozwól, że zajmę się tym okropieństwem, które przebiło cię na wylot – zaoferował uczynnie Alaric, mając na ustach promienny uśmiech. Akarianowi wydawał się on teraz przerażający. Zanim zdążył zaprotestować, gruby konar rozsypał się w pył, a krew zaczęła obficie wypływać z rany. Została mu niecała minuta, wiedział to.
– Miło było znów się spotkać – powiedział cholerny mag, kiwając mu głową na pożegnanie. Następnie złapał białego wilka na szyję i zniknął. Zostawiając umierającego Akariana.
Najemnik zaklął w myślach. Nie wywinie się z tego, nie ma szans. Przynajmniej, gdy gdzieś tam po drugiej stronie spotka ojca, będzie mógł powiedzieć, że został pokonany przez kogoś silniejszego niż on. To, co zaprezentował, choć na wpółprzytomnie, mag było naprawdę niesamowitym pokazem magii, który najemnik z chęcią by obejrzał z daleka, nie będąc jednak ofiarą tego spektaklu.
Westchnął ciężko, przymykając oczy. Głowa opadła mu na bok, gdy mięśnie odmówiły posłuszeństwa. Teraz nawet go już nie bolało. Nic nie czuł.
Zamrugał, gdy jego wzrok napotkał błysk fioletu. Otworzył szerzej oczy. Tuż obok jego ręki leżała do połowy pełna fiolka z eliksirem.
Czasem naprawdę nienawidził tego maga.


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Oto mój prezent z okazji 100-lecia odzyskania niepodległości. Jak tak patrzę na kolor tekstu, to nawet on jest patriotyczny, bo biało-czerwony :D
Aż mi głupio, ob. teoretycznie obiecałam, że na święta typu 11 listopada czy Mikołajki będę wstawiać rozdziały tego dodatkowego opowiadania we współczesności, a zwykłe rozdziały będą co miesiąc. Wyszło jak zawsze. Nie mogę nawet obiecać, że następny rozdział będzie za miesiąc, bo trudno to przewidzieć. Studia okazały się bardziej zajmujące, niż przypuszczałam - choć w gruncie rzeczy się nic za bardzo nie robię ;)
Akarian i Alaric zakończyli swoją potyczkę, teraz powinniśmy przenieść się do Adriany i Gilana. Przyrzekam, że postaram się usiąść i coś napisać, żebyście nie musieli czekać trzech miesięcy. Chciałam też podziękować za komentarze - miło wiedzieć, że ktoś czeka na kolejny rozdział, bo to motywuje - oraz za tych, którzy po prostu odwiedzali bloga, choc dawno się na nim nic nie pojawiało.
Zgodnie z tradycją: nowy rozdział niesprawdzany, wstawiony po napisaniu ostatniego zdania - więc jeśli są literówki, będę wdzięczna za wskazanie. Mile widziane wyrażanie opinii w komentarzach ;)
Pozdrawiam,
Mentrix Hadley
Mia LOG