Lista utworów

31 stycznia 2017

Rozdział XXXV

Gilan Lancaster jak każdy normalny człowiek miewał lepsze i gorsze dni. Jak każdy kochający rodzice, David i Dolores robili wszystko, aby w jego dzieciństwie przeważały te pierwsze. Nie mogli jednak nic poradzić na niespodziewane zdarzenia i wypadki, więc uśmiech od czasu do czasu znikał z ust Gilana. Nie na długo. Odwiedzający ich zamek wędrowny bard powiedział coś, co bardzo głęboko zapadło mu w pamięć.
Dni mogą być smutne, pełne żalu, nienawiści, pochmurne. Ale mówi się, że uśmiech rozjaśnia dzień, sprawia, staje się lepszy. Nie jasny i radosny, ale słońce wyłania się zza chmur – po prostu lepszy.
Dlatego Gilan starał się często uśmiechać. I szare dni rzeczywiści stawały się znośniejsze. Lecz były takie chwile, gdy nie miał na to siły. Tak jak teraz.
Przeżywał męki, jakich często nie doświadczał. Nie odzywał się, jechał w milczeniu, cierpiąc w samotności. Jego dzień był udany do chwili, gdy otworzył swoją torbę podróżną. Nie wiedział, jak mógł przegapić wskazówki, które zapowiadały nadciągającą tragedię. Gdyby tylko pomyślał o tym zawczasu, jak to uczył go Halt… A teraz było za późno. Nieszczęście się stało i nikt nie mógł mu pomóc.
Skończyła się kawa.
– Zdajesz sobie sprawę z tego, że świat się nie skończył, zwiadowco?
Spiorunował wzrokiem Adrianę, która śmiała to skomentować. Nie rozumiała. Żaden z nich nie był w stanie zrozumieć, co właśnie przeżywał. Tylko inny zwiadowca mógł wiedzieć, co czuje. Potrafił pojąć ogrom nieszczęścia, jakie na niego spadło.
Jego odpowiedzią było wyniosłe milczenie.
Dziewczyna wzruszyła ramionami. Niekiedy swoim zachowaniem zwiadowca przypominał jej dziecko. Wciąż wypominał jej przywłaszczenie sobie jego srebrnego liścia. Teraz zachowywał się, jakby jego życie dobiegło końca, ponieważ zapasy kawy się skończyły. Na nic zdało się tłumaczenie, że za kilkanaście godzin będą na miejscu, a on będzie mógł wyruszyć na poszukiwanie napoju bogów. Ten człowiek zwyczajnie ją przerastał.
Zatrzymała konia obok Angeline. Czarownica stała na roztaju dróg, nie mogąc się zdecydować, którą wybrać. Jedna była dłuższa, ale z pewnością bezpieczniejsza. Każdy z ich grupy potrafił walczyć, ale nie była pewna, czy mają na to siły. Ostatnią noc spędzili w siodle, bowiem postanowili nie ryzykować powrotu Jakclyn. Poprzednie dni też wdały im się we znaki. Ona sama ledwo powstrzymywała powieki przed opadnięciem i widziała, że zwiadowca ma ten sam problem. Adriana jakoś się trzymała, dzięki eliksirowi Lysandra, a Michael… On spał przy każdej nadążającej się okazji, włączywszy w to krótkie postoje. Angeline zaczynała powoli doceniać tą umiejętność.
– Którędy?
– Jeśli pojedziemy w lewo, droga do celu zajmie nam trzy dni. Po drodze nie ma żadnych wiosek, ale jest w miarę bezpiecznie. Jeśli wybierzemy drugą opcję, będziemy u Lysandra jeszcze dziś wieczorem. Problem polega na tym, że trzeba przejechać przez Mokradła. Ostatnio banda rozbójników z Wąwozu Trzech Kroków rozszerzyła swoje pole działania także na te tereny. W starciu raczej sobie poradzimy, jednak jeśli nas popchną i, bogowie brońcie, któreś z nas wpadnie w Mokradła, to koniec. Nawet ja go nie wyciągnę.
– Czyli pytanie brzmi: czy podejmujemy ryzyko?
Adrianie odpowiedziała cisza. Nikt nie chciał podejmować decyzji i, w razie tragedii, odczuć konsekwencję swojego wyboru. Dziewczyna osobiście skłaniała się do krótszej drogi, był pewna, że sobie poradzą. Jednak czarownica nie wyglądała na przekonaną. Michael drzemał w siodle. Zapadło pełne napięcia milczenie, gdy każdy wzbraniał się przez wyrażeniem swojego zdania.
– Czy Lysander ma w domu kawę? – Pytanie Gilana nie miało większego sensu w tej sytuacji, dlatego Adriana spojrzała na niego jak na idiotę. Coraz częściej jej się to zdarzało. 
– Zapewne, ale nie mam pewności. Można tam znaleźć prawie wszystko, jeśli wiesz, gdzie szukać. Czasem Alaric coś przywiezie z tych swoich bezsensownych podróży, czasem ja wybiorę się do miasta. Jak wyjeżdżałam, mieliśmy spory zapas kawy.
Adriana powstrzymała się od zapytania, kim był Alaric, ponieważ zwiadowca cmoknął na Blaze’a i poprowadził go w kierunku krótszej drogi.
– W takim razie nie ma wątpliwości, którą drogę powinniśmy wybrać.
Nie oglądając się na towarzyszy, ruszył dalej. Blaze parsknął radośnie, gdy pozwolił mu przejść do galopu. Dawno nie miał takiej możliwości, a posiadał mnóstwo energii, która aż się prosiła, aby ją wykorzystać.
Angeline spojrzała bezradnie na Adrianę. Decyzja zapadła, choć z najmniej oczekiwanej strony.
– Mam wrażenia, że wybrałby tą opcję, nawet jeśli na jego drodze stałaby wielka armia…

***
Słońce zaczynało chylić się ku zachodowi, gdy wjechali do lasu, otaczającego dwór Lysandra. Nie napotkali na drodze żadnych trudności, pomijając jednego ze zbójców, który zaczaił się nieopodal drogi. Obserwował trakt, aby dać znać swoim wspólnikom o zbliżających się potencjalnych ofiarach. Zanim zdążył przekazać informację, ugodziła do strzała zwiadowcy.
Las był cichy, zdecydowanie za cichy. Adriana nie wiedziała, czy coś się zmieniło od jej ostatniej wizyty, ledwo pamiętała te chwile. Jednak to milczenie napawało ją niepokojem, z niewiadomego powodu budziło respekt. Żaden ptak nie śpiewał, nie widziała śladów żyjących tu zwierząt ani jeden owad nie przeleciał jej przed oczyma. Jakby cały teraz pokrywała bariera, która nie przepuszczała istot żywych, których nie życzył sobie gospodarz terenu. Adriana nie wiedziała, czy ma się cieszyć, że zostali wpuszczeni.
– Ten las jest martwy. Jakby nie miał serca – mruknął Gilan. Rozglądając się zdezorientowany dookoła. Przywykł do świergotu ptaków, szumu liści, dźwięku tratowanych gałęzi i uginającej się trawy. To wszystko pozwalało mu zlać się z otoczeniem i podejść niezauważony do przeciwnika. Nie wiedział, czy byłby w stanie tego tutaj dokonać. Wszystko było nieruchome, więc najmniejsze drgnięcie gałęzi od razu rzucało się w oczy.
– Prawdopodobnie dlatego, że Lysander nie ma serca – skomentowała zabójczyni, nie mogąc się powstrzymać. Zerknęła kątem oka na Angeline, ale kobieta zagryzła tylko usta. Nie zamierzała reagować.
– Moja droga Adriano, myślałem, że jesteś wykształconą osobą, ale najwyraźniej się myliłem. Już wieki temu udowodniono, że bez serca nie da się żyć. Z pewnością zdajesz sobie sprawę, że najszybszym sposobem na uśmiercenie kogoś, jest wbicie mu sztyletu w serce. Dlatego twoje wytłumaczenie było zupełnie nielogiczne. – Powoli poprawiał mu się humor. Niedługo dotrą do dworu, a tam czekała na niego kawa. W towarzystwie Lysandra, o którym Adriana nie potrafiła mu powiedzieć dobrego słowa, ale ten fakt nie za bardzo go w tej chwili interesował.
Pogłaskał Blaze’a po szyi, próbując go uspokoić. Koń najwyraźniej jeszcze bardziej wyczuwał atmosferę, jaka panowała w lesie, przez co każdy jego krok był ostrożny. Cały czas nasłuchiwał najmniejszego odgłosu, strzygąc uszami. Do tego rzucał właścicielowi karcące spojrzenie, czego Gilan nie mógł zignorować. Niezwykłe, kilkanaście lat temu do głowy by mu nie przyszło, że zacznie mieć wyrzuty sumienia pod czujnym wzrokiem konia.
W coś ty się wpakował? – zdawał się pytać Blaze, prychając cicho.
– Uspokój się, ty pasjonacie cukru – szepnął do niego cicho. Wolał, aby jego towarzysze tego nie zauważyli. Normalny człowiek nie gadał z koniem. Chyba że był zwiadowcą, ale o tym wiedzieli tylko nieliczni.
Dalszą drogę pokonali we względnej ciszy, przerwanej tylko przekleństwami Michaela, który o mało nie spadł z konia, gdy na jego drodze pojawiła się gałąź. Powietrze było czyste, pachniało morzem, w oddali słychać było jego szum. Gilan nie wiedział, że znajdują się aż tak blisko wybrzeża. Podobnie jak większość mieszkańców Araluenu nie zapuszczał się w te okolice. Cieszyły się złą sławą. Krążyły plotki o zjawach wciągających zagubionych wędrowców w Mokradła, o Dolinie Śmierci, położonej nieopodal Wąwozu Trzech Kroków, z której nikt nie wracał. Dodatkowo, aby tu dojechać, należało przejechać przed Równiny Uthal i Cierniowy Las, gdzie grasowały dzikie zwierzęta. Pojedynczym podróżnym zdecydowanie odradzano podróż w tamte rejony. Niedaleko równiny znajdowały się ruiny Gorlanu, gdzie wojska królewskie odniosły zwycięstwo nad Morgarathem. Z pewnością kiedyś to miejsce będzie odwiedzane tłumnie przez obywateli i zagranicznych gości, lecz na razie nikt tam się nie zapuszczał. Mówiono, że ziemia jest wciąż przesiąknięta krwią, pod stopami chrzęszczą kości wspólników zdradzieckiego hrabiego, a w nocy słychać upiorne wycie. Gilan nie zauważył nic podobnego, gdy zjawił się tam z Haltem i Willem, ale plotki nie dało się tak szybko ukrócić.
Wyrwał się z zamyślenia, gdy wyjechali na skraj lasu. Przed nimi zachodzące słońce zasłaniały wysokie góry, kierując swoje skaliste i strome zbocza ku niebu. Na mapach nazwano je Górami Krańca. W rzeczywistości był to wąski pas wysokich wzniesień, oddzielający ląd od morza. Jednak Gilan musiał przyznać, że robiły wrażenie. Przynajmniej uniemożliwiały atak od strony morza. Chociaż, odkąd Erak został oberjarlem, Skandianie nie pustoszyli już wybrzeży Araluenu.
W cieniu gór stał dwór. Sprawiał wrażenie ponurego, choć może była to wina szarego kamienia, z którego został wykonany. Dwupiętrowy budynek, pokryty ciemną dachówką, zdecydowanie nie nadawał się na dom dla jednej osoby. Gilan stwierdził, że zwariowałby, gdyby musiał spędzić w nim samotnie kilka dni.
– Zaczekaj – mruknęła Adriana, chwytając go za ramię. Zatrzymał konia, przyglądając się, jak Angeline i Michael się od nich oddalają. Niebo powoli pokrywało się chmurami, a ostatnie promienie słońca znikały za górami.
– Tak? – spytał, gdy ta przez chwilę milczała, bijąc się z myślami.
– Mam prośbę, zwiadowco. Po prostu… nie ufaj. Choćby nie wiem co.
Spojrzał na nią zdziwiony. Była poważna, a dłonie zaciskała nerwowo na lejcach. Kiwnął głową.
– Obiecaj.
– Obiecuję. – Gilan westchnął ciężko. Miał wrażenie, że nie pozwoliłaby mu zrobić kroku do przodu, gdyby nie przyrzekł. Już wcześniej zdecydował, że podejdzie do Lysandra z rezerwą. Sam zdecyduje, czy to, co mówiła Adriana, jest prawdą. Angeline zdawała się mieć zupełnie inne zdanie. Popędził konia, doganiając czarownicę i Genoweńczyka. Będąc w niewielkiej odległości od dworu zauważył ze zdziwieniem brak okien w prawym skrzydle. Cała ściana była zamurowana, nie było możliwości, aby promienie słońca wślizgnęły się do środka. Jego wyobraźnia automatycznie wytworzyła sobie obraz wszystkich dziwactw, które mogły się ukrywać za tym zimnym murem. Może będzie miał okazje przekonać się na własne oczy?
Skierowali się stajni. Budynek nie był wielki, za to ukryty między drzewami, co sprawiło, że Gilan dopiero teraz go zauważył. Zsiadł z Blaze’a i wszedł z nim do środka. Dotarł do niego przyjemny zapach siana. W boksie stał tylko jeden koń. Czarny ogier popatrzył na nich bez zainteresowania, na co Blaze zareagował głośnym rżeniem. Zwiadowca miał wrażenie, że jest to odpowiednik szyderczego śmiechu. Poklepał konika po szyi i pociągnął w stronę wolnego boksu, który wskazała mu Angeline. Wszyscy oporządzili konie szybko i w całkowitej ciszy. Było to o tyle niepokojące, że Adriana i Michael musieli stać tuż obok siebie, a żadne nie wypowiedziało ani jednej zgryźliwej uwagi.
Dziewczyna wydawała się być spięta i nerwowo rozglądała się dookoła. Dziwił się temu, bo on czuł się bezpieczny, mimo dziwnej atmosfery. Angeline podeszła do niej i poklepała po ramieniu, szepcząc parę słów. Zabójczyni zmrużyła oczy, a jej odpowiedzi towarzyszył kpiący uśmiech. Zadowolona z efektu, jaki wywarła, czarownica ruszyła w stronę dworu, a reszta podążyła za nią.
Angeline chwyciła za mosiężną kołatkę o prostym kształcie i uderzyła nią kilka razy w drzwi. Aż się skrzywił, gdy usłyszał, jaki huk to wywołało. Po pięciu minutach drzwi się otworzyły, a Gilan zdziwił się, że nie towarzyszyło temu upiorne skrzypienie. Byłoby to idealnie uzupełnienie ponurego wyglądu dworu.
Adriana zacisnęła zęby, gdy jej wzrok napotkał kpiące spojrzenie srebrnych oczu. Zanim zdążyła go odwzajemnić, Lysander przyjrzał się pobieżnie pozostałym członkom grupy. Nie rozumiała tego. Była pewna, że wie już o nich prawie wszystko, choć oczywiście nie ujawni tego wcześniej, niż będzie mógł na tym zyskać.
– Wróciłam, mistrzu – oznajmiła Angeline, uśmiechając się szeroko. Ten dwór, ten las były jej domem, którego będzie bronić do ostatniego tchu. A Lysander był dla niej rodziną w większym stopniu niż ludzie, których pozostawiła za sobą.
Mag uśmiechnął się lekko, prawie niezauważalnie. Skinął głową i odsunął się, robiąc im przejście. Zignorował natarczywe spojrzenie Gilana, który wbrew zasadzie: nie oceniaj po wyglądzie, próbował go przejrzeć. Daremny trud, choć podziwiał wysiłek.
– Angeline, pokaż im pokoje. Porozmawiamy jutro. Potrzebuję ludzi posiadających choć minimalną inteligencję, a nie trupy, które w tej chwili przypominacie.
Spojrzenie Michaela wyrażało więcej niż tysiąc słów. Wyglądał, jakby miał zaraz rzucić w maga czymś ciężkim. Adriana nie sądziła, że jej sprzymierzeńcem w konfrontacji z Lysandrem okaże się Genoweńczyk. Lepszy on niż nikt. Im mniej osób ufa czarownikowi, tym mniejsze prawdopodobieństwo, że będzie nimi manipulował. Angelina była zapatrzona w niego jak w obrazek, a Gilan sam wyciągnie własne wnioski. Do tego czasu musiała uważać na zwiadowcę.
Zerknęła na niego kątem oka. Wpatrywał się w Lysandra z niezadowoleniem. Najwyraźniej nie podobało mu się to, co usłyszał. Ludzie mogli mówić co chcieli, ale to właśnie pierwsze wrażenie decydowało o tym, jak będziemy później postrzegać daną osobę. Tego wspomnienia nie da się całkowicie wymazać i zignorować. Uśmiechnęła się z satysfakcją. Mag popełnił błąd.
– Jesteś Gilan, prawda? – spytał Lysander, podchodząc do zwiadowcy i wyciągając do niego rękę. Adriana była pod wrażeniem. Nie sądziła, że stać go na tak ludzki gest. Gilan niepewnie uścisnął jego dłoń.
– Dokładnie. Pytanie, skąd o tym wiesz i całą resztę pozostawię na jutro, jeśli tak wolisz. Trochę o tobie słyszałem. Same sprzeczności. Angeline twierdzi jedno, Adriana drugie – zauważył ostrożnie.
– W końcu to kobiety. Są zmienne i nigdy nie wiadomo o co im chodzi. Powinieneś sam ocenić.
– I tak zrobię. Można wysłuchać zdania innych, ale ostatecznie trzeba polegać w tej sprawie na sobie i swoim przeczuciu.
Adriana zapomniała, że Lysander, gdy tego chciał, potrafił być miły i ujmujący. Kiedyś wybrał się do innego lenna, aby zdobyć jakąś ważna księgę. Nie miała innych zajęć, więc postanowiła mu towarzyszyć. Właściciel drogocennego przedmiotu wyruszył w podróż morską, na zamku została tylko jego żona. Dziewczyna była pod wrażeniem, jak szybko i chętnie kobieta oddała magowi najcenniejszą pamiątkę, jaką posiadał jej mąż. Wszystko bez magii.
– Twój mistrz z pewnością by się z tobą zgodził. Wydaje się być interesującym i doświadczonym człowiekiem. Ciężko go zaskoczyć. Dlatego współczuję mieszkańcom Genowesy.
– Spotkałeś Halta?! Kiedy to było? Pomińmy to, że nie jest już moim nauczycielem, bo to mało istotne… Jeśli jest w Genowesie, to muszę mu koniecznie pomóc. Jest prawie legendą, ale nawet on nie da rady…
– Spokojnie – przerwał mu Lysander, patrząc na niego z rozbawieniem. – Nie jest tam sam, a twój ojciec i przyjaciele niedługo będą wolni. Niebawem się spotkacie.
Lysander był też sprytny i podstępny. Bez problemu był w stanie założyć maskę pocieszyciela obdarzonego niezwykłą empatią i udawać kogoś, kim nie był. Adriana westchnęła. Kilka lat i już zapominasz jak bardzo jest inteligentny. Mag zawsze nosił którąś z masek. Adrianna nie znała jego prawdziwego oblicza i wątpiła, aby Angeline dostąpiła tego wątpliwego zaszczytu. Właśnie dlatego nie potrafiła go zaakceptować – jeśli nie wiesz z kim masz dokładnie do czynienia, nie potrafisz mu zaufać. Co więcej, zaufanie w takiej sytuacji było skrajną głupotą.
– Skąd to wiesz? – Poważny głos Gilana wyrwał ją z zamyślenia. Przegapiła cześć rozmowy, podczas której Lysander najwyraźniej zdołał przekonać zwiadowcę, żeby lepiej nie ruszał w ślady byłego mistrza. Pewnie musiał ujawnić przy tym trochę informacji, co zaalarmowało chłopaka.
– Mam informatorów, choć oni nawet nie wiedzą, jaką funkcję pełnią. Informacje są cenne. Dają władzę, siłę i potęgę. Ludzie ich nie doceniają, a są bardziej wartościowe niż złoto.
– Dlatego też nie dzielimy się nimi z innymi, czasem kłamiemy, czasem naginamy prawdę, mam rację?
Gilan nie był głupi. Wiedział, że mag nie powiedział mu wszystkiego. Na razie nie zamierzał nalegać, bo ledwo stał na nogach. Kawa, kąpiel, jedzenie, spanie. Taki miał plan. Halt twierdził, że po owym napoju bogów nie da się zasnąć, ale był tak zmęczony, że chyba nie będzie miał najmniejszego problemu.
– Dokładnie. Ale czy jesteś w stanie odróżnić prawdę od fałszu, zwiadowco? – Oczy Lysandra zabłysły w półmroku, który panował w sieni. Palił się tylko jeden żyrandol, reszta świec była zgaszona. Gilan nie zdążył odpowiedzieć, bo rozległ się szczęk opadającej klamki. Michael nie zdążył otworzyć drzwi do prawego skrzydła, gdy dziwna siła odrzuciła go do tyłu i zatrzasnęła wejście. Mag spojrzał na niego ze złością, ale zrezygnował, gdy napotkał szare oczy pozbawione jakichkolwiek uczuć.
– Do prawego skrzydła nie możecie wchodzić. Niech któreś spróbuje, a zabiję – wysyczał, spoglądając na nich po kolei. Angeline westchnęła, złapała Gilana i Michaela za ramię pociągnęła w kierunku pokojów. Z doświadczenie wiedziała, że lepiej schodzić Lysandrowi z drogi, gdy ma zły humor, bo inaczej zawsze kończy się to źle dla ryzykanta. Tylko Alaric ignorował jego zachowanie i wychodził tego bez szwanku.
Adriana pokręciła głową, gdy czarownica spojrzała na nią ponaglająco. Wzruszyła ramionami i zniknęła za rogiem.
Stali chwilę w ciszy, aż wreszcie Lysander odwrócił się w jej kierunku.
– Lysandrze – skinęła mu sztywno głową. Wypadało się przywitać, bo przecież pomógł jej opanować tę malutką ilość magii, którą w sobie posiadała. Była mu coś winna.
– Adriano. – Odpowiedział tym samym i znów zapadła cisza. Stał dokładnie pod żyrandolem, więc mogła się dokładniej przyjrzeć. Minęło niemal dziesięć lat, odkąd widziała go po raz ostatni. Była jeszcze dzieckiem, ale większość wspomnień była wyraźna. Czerwone włosy były może odrobinę dłuższe, a oczy wciąż przypominały jej diamenty. Wciąż był tak samo wysoki, nie garbił się, choć wiele czasu spędzał nad księgami. Po dziesięciu latach nic się nie zmienił. A może nawet…
– Wyglądasz młodziej. Jak to możliwe? – spytała zdumiona. Nie miała co do tego wątpliwości. Wcześniej miał lekkie zmarszczki na twarzy, a skóra na rękach był poraniona i sucha. Teraz nie zauważyła nic takiego.
– Wydaje ci się. To kwestia oświetlenia.
Kłamał, wiedziała o tym doskonale.
– Nieprawda. Minęło dziesięć lat, Lysandrze, a ty się nie zestarzałeś, wyglądasz wręcz młodziej. Nie mylę się.
– To eliksiry, potrafią zdziałać cuda.
– Bzdura. Może mieszkałam tu tylko rok, ale wiem, że sam ich nie pijesz. Nigdy.
Mag zmrużył oczy. Nie zamierzał się tłumaczyć. Wiedział o tym on i to wystarczyło.
– Milczysz? – parsknęła śmiechem, choć wcale nie czuła się tak pewnie. Czuła bijącą od czarownika irytację, a płomienie świec złowrogo migotały. – A może zabijasz ludzi, odbierając im ich młodość?
– Daruj sobie. Nie jest moją winą, że mi nie ufasz. – Zgromił ją wzrokiem.
– Nie twoją winą? Magu, wszystko co robisz jeszcze bardziej utwierdza mnie w przekonaniu, że nie można ci zaufać. Kłamiesz, manipulujesz, grasz – ty nawet nie masz pojęcia, czym jest zaufanie.
Coś błysnęło w oczach mężczyzny. Miała wrażenie, że to ból, ale to było niemożliwe.
– Wyjaśnijmy coś sobie – mruknął podchodząc bliżej. Wzdrygnęła się, czując magię, która wokół niego wirowała. – Nie zamierzam was skrzywdzić, a już na pewno nie zabić.
– Chcesz nas wykorzystać…
– Do ratowania świata – przerwał jej zdecydowanie, ucinając dalsze wyrzuty. Zamierzał powiedzieć coś jeszcze, ale go uprzedziła.
– I samego siebie.
Przechylił lekko głowę, wpatrując się w nią intensywnie. Przypominał Adrianie jednego z kruków, które tak lubił. Srebrne tęczówki były niepokojące. Zastanawiał się chwilę nad odpowiedzią.
– Poniekąd – rzekł wreszcie. Nie czekał na jej odpowiedź, tylko ruszył w stronę drzwi prowadzących do prawego skrzydła. Czarna szata ozdobiona srebrnymi nićmi zdawała się zlewać z mrokiem, który panował w tamtej części sieni.
Dziewczyna zagryzła wargę i zacisnęła pięści ze złości. Nie dawał jednoznacznych odpowiedzi. Zwinnie przeskakiwał z tematu na temat, nie udzielając żadnych istotnych informacji. Chciała wiedzieć o wszystkim. O Marcusie, jego wspólnikach, o tym, jaką ma rolę do odegrania, dlaczego założyciel jej zakonu wybrał akurat Gilana. Zadała tylko jedno pytanie.
– Jakie są szanse na wygraną?
Zatrzymał się i spojrzał na nią przez ramię. Wydał się jej zmęczony, ale po chwili uśmiechnął się krzywo.
– Połowiczne. O ile wszyscy posłusznie się tu zjawią i zaczniemy współpracować.
Cudownie. Adriana czuła się, jakby otrzymała właśnie wyrok śmierci.

 ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Oddaję w wasze ręce kolejny rozdział. Krótszy niż poprzedni i niesprawdzany. Zrobię to jutro, jak wrócę ze szkoły. Zawiesiłam dwa pozostałe blogi, więc postaram się tutaj dodawać rozdziały dwa razy na miesiąc. Właśnie się zorientowałam, że to opowiadanie na około 180 stron, a akcji prawie w ogóle nie było. Naprawie to. 
Mamy Lysandra - jedna prośba: pamiętajcie, co mówiła Adriana. Nosi maski. Cały czas. Więc jak jego zachowanie będzie się co chwila zmieniało, to proszę się nie dziwić. 
Dziękuję za naprawdę niesamowitą liczbę wyświetleń i wszystkie komentarze.
Pozdrawiam,
Mentrix



11 stycznia 2017

Rozdział XXXIV

– Wchodzimy czy korzystamy ze świeżego powietrza? – spytał Gilan, wpatrując się w stającą przed nimi gospodę. Słońce zmierzało ku horyzontowi, a oni nie zamierzali ryzykować, podróżując w ciemności.
– Jak bardzo jesteśmy poszukiwani? – mruknęła pod nosem Adriana, rozglądając się dookoła. W tych okolicach często widziano Genoweńczyków, a wolała na nich nie wpaść. Choć z całego serca życzyła im śmierci. Najlepiej z jej ręki.
– Prawdę mówiąc, tylko ja mogę bezpiecznie przenocować w środku. Cała wasza trójka jest poszukiwana przez tych cholernych zabójców. I nie tylko. Za Adrianą teoretycznie ugania się cała masa najemników, bo jest nagroda za jej głowę. Tak to zwykle bywa, gdy zabijasz na zlecenie. Plusem jest to, że szukają osoby w ciemnej pelerynie i nic więcej nie wiedzą. Michaela znają wszyscy Genoweńczycy, więc po prostu będziesz siedział w pokoju, jeśli uda się jakiś dostać. A Gilan… Ukryj dobrze płaszcz, zakryj łuk i nikt nie weźmie cię za zwiadowcę. Gdzie masz liść dębu?
Zwiadowca spojrzał ponuro na Angeline, a potem przeniósł wzrok na pierś, gdzie powinna znajdować się srebrna zawieszka. To nie tak, że o niej zapomniał. Najpierw nie było czasu, potem Adriana próbowała zabić Michaela na kilka sposobów, ostatecznie prawie umarli przez atak potwora. Następnie ukrywali się przed patrolami Genoweńczyków. Miał ręce pełne roboty.
– Została skonfiskowana. – Jego wzrok przewiercał Adrianę, która udawała, że nie wie, o co mu chodzi. Naszyjnik leżał bezpiecznie w jej kieszeni, ale skoro go zdobyła, to nie zamierzała tak łatwo oddać.
– Ja ją tylko przechowuję.
 – Niech więc wróci do właściciela. To ja, jakbyś miała jakiekolwiek wątpliwości.
– Tak za darmo? Ja tutaj narażam życie, aby chronić twoją błyskotkę przez deszczem i chłodem, poświęcam się, a ty chcesz ją odebrać za darmo? Zastanów się chwilę.
Gilan faktycznie się zastanowił. Po chwili coś błysnęło w jego oczach, a na twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Włożył rękę do kieszeni i wyciągnął złoty medalion. Adriana zamarła, gdy przedmiot znalazł się na widoku. Teraz każdy przechodzień mógł go zauważyć.
– Zwiadowco, schowaj to, dobrze ci radzę – powiedziała cicho, kładąc rękę na rękojeści sztyletu. Przecież wyjaśniła mu, jak ważny jest ten medalion. Jak on śmie traktować go jako kartę przetargową?
– Angeline…
Czarownica wzruszyła tylko ramionami, przyglądając się rozgrywającej się przed nią scenie. Wiedziała, jak ważny jest medalion, ale na razie nie groziło mu żadne niebezpieczeństwo.
– Oddajesz mi liść, a ja chowam to cudeńko bezpiecznie do kieszeni. Jeśli nie, to oddam je Michaelowi – oświadczył zwiadowca, stojąc w bezruchu. Wpatrywał się w rękę Adriany, która wciąż ściskała sztylet. Wątpił, aby go zaatakowała, ale przezorny zawsze ubezpieczony.
– Jemu? Przecież on nas zdradzi przy najbliższej okazji! – warknęła i odwróciła się, aby wskazać rzekomego zdrajcę. Jednak tam go nie zastała. Angeline też rozejrzała się dookoła, ale nie znalazła Genoweńczyka. Napotkała tylko zdezorientowane spojrzenie zwiadowcy.
– I gdzie on jest?! Mówiłam, że nas zdradzi. Pewnie siedzi teraz w gospodzie i radzi, jak nas zabić. Przeklęty egoista… Mówiłam, aby mu nie ufać…
Natychmiast skierowała się w stronę karczmy. Zabije go wyjątkowo boleśnie. Jadł z nimi, podróżował, Angeline mu zaufała, może nawet coś więcej, a on… Może była zbyt wyczulona na zdradę, może doszukiwała się czegoś, co nie miało sensu, może jej oskarżenia były bezpodstawne, ale po tym, co zrobiła Lilith...
– Czekaj. – Zatrzymał ją silny uścisk na nadgarstku. Gilan zdążył schować medalion i stał obok, kątem oka obserwując Angeline, która otwierała drzwi do karczmy. Widząc to, Adriana wyrwała rękę i pospieszyła w ślady czarownicy.
Gilan uśmiechnął się do siebie, zawieszając na szyi naszyjnik z liściem dębu. Wyjął go przed chwilą z kieszeni zabójczyni, a teraz słońce odbijało się od srebrnej zawieszki. Schował go pod koszulę i ruszył za towarzyszami podróży. Dobrze było czuć znajomy chłód metalu na skórze, który przypominał mu kim jest, że nie ma jednej rodziny, a dwie. Ta druga była bardzo liczna, w końcu zwiadowców nie dało się zliczyć na palcach jednej ręki. I właśnie ich musiał odzyskać. Bo przyjaciół i rodziny w potrzebie się nie opuszcza, tylko staje za nimi murem.
Główna izba była bardzo przyjemnym miejscem. W palenisku wesoło trzaskał ogień, na ścianach wisiały zwierzęce skóry i poroża, a drewniane ściany chroniły przed wpływem warunków atmosferycznych. Nawet szklane butelki za ladą były poustawiane kolorystycznie. W gospodę nie włożono wielkiej sumy pieniędzy, ale o nią dbano, przez co panowała tu przyjazna atmosfera. Cały urok psuła tylko Adriana, wydzierającą się na środku na Michaela. Genoweńczyk zarzucił sobie kaptur na głowę, przez co jego twarz była skryta w półmroku. Dało się jednak zauważyć jego niepewny wzrok i błagalne spojrzenia rzucane w kierunku Angeline, która uśmiechała się pod nosem. Dawny dowódca nie wiedział, czy śmiać się, płakać, czy może także odpowiedzieć wyzwiskami. Adriana właśnie recytowała piękną wiązankę w swym rodzinnym języku. Mógł odpowiedzieć jej tym samym, ale i tak zwracali na siebie zbyt dużą uwagę.
Gdy Adriana zaczęła się sprzeczać ze zwiadowcą, uznał, że trochę to potrwa. Był padnięty, więc postanowił nie tracić czasu i wynająć dla nich pokój. Nie jego wina, że dziewczyna dopowiedziała sobie całą historię do jego zniknięcia. I nie chciał wiedzieć, jak zareaguje na to, że pozostał dla nich tylko jeden pokój.
Kątem oka zauważył właściciela gospody, który ruszył w ich stronę, zdecydowany wyrzucić ich z budynku. Przeszkadzali innym gościom. Drogę zastąpił mu Gilan, nachylając się do przodu i szepcąc mu coś do ucha. Mężczyzna łypnął na nich kątem oka, powrócił wzrokiem do zwiadowcy i znów do nich. Gilan roześmiał się cicho, klepiąc go przyjaźnie po ramieniu. Rzucił coś do karczmarza, a ten nagle stracił cała pewność siebie, zerknął na kłócących się, w jego oczach pojawiło się zrozumienie pomieszane z rozbawieniem. Nawet trochę się zaczerwienił i powrócił za bar, wciąż obrzucając ich uważnym spojrzeniem.
Zadowolony z siebie Gilan podszedł do Adriany, która przed chwilą przerwała swoje przemówienie, aby zaczerpnąć tchu. Spiorunowała zwiadowcę wzrokiem, ale nie odezwała się.
            – Proponuję zanieść rzeczy od pokoju, zanim dojdzie do rękoczynów, a ten miły gospodarz naprawdę nas stąd wywali. Angeline jest już na piętrze? – spytał się Michaela, a ten kiwnął tylko głową. Ruszył w kierunku schodów, dźwigając ciężką kuszę. Gilan po raz kolejny docenił wartość łuku. Nie dość, że szybciej się z niego strzela, to jeszcze jest lżejszy.
– Co mu powiedziałeś? – spytała Adriana, wskazując karczmarza. Ten tego nie zauważył, zajęty przygotowywaniem zamówienia. Gilan uśmiechnął się niepewnie. Nie myślał za bardzo w tamtym momencie, tylko mówił, co ślina mu na język przyniosła. Przynajmniej gospodarz uwierzył.
– Kłótnia zakochanych – wymruczał pod nosem, w nadziei, że dziewczyna da mu spokój.
– Co?!
Zwiadowca stwierdził, że mina Adriany była warta podjętego ryzyka.
– Ty… Ty… - Zerknął na dłoń zaciskającą się na rękojeści sztyletu. Patrząc na to, jak szybko traciła nad sobą panowanie, doszedł do wniosku, że jest po prostu zmęczona.
– Jestem idealny? Błyskotliwy? – zasugerował i rzucił się w kierunku schodów. Adriana stała jeszcze chwilę w miejscu, próbując się uspokoić. Pewnie powinna przeprosić Michaela za to, że na niego tak naskoczyła. Nie wiedziała, czy przejdzie jej to przez gardło, ale warto było spróbować. Jeśli nie zrobi tego teraz, będzie musiała słuchać upomnieć Angeline i Gilana przez resztę podróży.
Weszła na piętro i zatrzymała się. Nie miała pojęcia, gdzie jest jej pokój. Jednak po chwili drzwi na końcu korytarza stanęły otworem i z pomieszczenia wyjrzała Angeline. Zabójczyni z westchnieniem skierowała się w tamtą stronę. Przeprosi Genoweńczyka potem. Lub nigdy. Teraz miała ochotę rzucić się na łóżko i spać, nie przejmując się niczym.
Ta chęć zniknęła, gdy stanęła na środku pomieszczenia. Spoglądała na cztery łóżka, z czego trzy były już zajęte. Gilan leżał na swoim i wpatrywał się w ten swój wisiorek, Michael zwyczajnie spał, bądź udawał, że śpi.
– Jeden pokój? – Nie oczekiwała odpowiedzi, ale po prostu musiała wyrazić swoje niezadowolenie.
– Ciesz się, że w ogóle nas przyjęli – mruknęła Angeline, wyciągając ze swojej torby małe słoje. Adriana wolała nie wiedzieć, co czarownica będzie warzyć. I nie być tego świadkiem, tym bardziej, że tamta nigdy nie była biegła w tworzeniu mikstur.
Jeszcze raz zlustrowała pomieszczenie wzrokiem. Nie było mowy, aby spała w pomieszczeniu, gdzie był Michael. Sztylet w plecy podczas snu był ostatnio bardzo modnym sposobem na utratę życia. Niby był Gilan, ale on pewnie niedługo gdzieś wybędzie, bo jak zwykle nie będzie potrafił usiedzieć w jednym miejscu.
– Wychodzę – zakomunikowała, rzucając swoje rzeczy na jedyne wolne łóżko. Po chwili trzasnęła drzwiami i ruszyła do wyjścia, odprowadzana nieprzychylnymi spojrzeniami sąsiadów.
– I nie wracaj szybko – wymruczał w poduszkę Genoweńczyk, upewniając się, że dziewczyna go nie usłyszy.
– Dałbyś jej przez chwilę spokój. Wiem, że ona też nie zachowuje się przyjaźnie, ale bądź mądrzejszy i przestań ją nakręcać – skarciła go Angeline, z niezadowoleniem odkrywając brak żywicy. Była pewna, że gdzieś ma całą fiolkę, ale najwyraźniej musiała jej wypaść podczas podróży.
– Oskarża mnie o wszystko.
– Bo dajesz jej podstawy. Gdybyś powiedział nam, że wchodzisz do środka, nie byłoby teraz problemów – wtrącił się Gilan, wstając w łóżka i podchodząc do drzwi.
– Mam wam mówić o wszystkim, co robię? Zdawać wieczorem sprawozdanie? Jeśli wam przeszkadzam, to chętnie sobie stąd pójdę, tylko przekonaj tę wiedźmę, aby mnie puściła. – Wskazał na Angeline, która skrzywiła się lekko, słysząc, jak ją nazwał.
– Ja też cię kocham, słońce – rzekła z przekąsem, zakładając torbę na ramię. Podeszła do Gilana, który wciąż stał przy drzwiach i otworzyła je.
– Idę do lasu. W drodze powrotnej znajdę Adrianę. Nie ruszajcie się stąd ani nie róbcie niczego głupiego.
– Jasne, mamo – parsknął Gilan, za co został obdarowany spojrzeniem pełnym politowania. Kobieta zniknęła w korytarzu, pozdrawiając po drodze gości mieszkających za ścianą, czym chyba złagodziła odrobinę ich gniew, spowodowany trzaskaniem drzwiami.
– Nie miałeś wyjść? – spytał Michael, wciąż chowając twarz w poduszce, przez co Gilan musiał wytężyć słuch, aby go zrozumieć.
– Idę coś zjeść na dół. Dołączysz? Mogę ci też coś przynieść, tak na dobry początek znajomości…
– Daruję sobie. Idź już, muszę spać.
Zwiadowca stał jeszcze chwilę w progu niezdecydowany. Miał nadzieję, że Genoweńczyk zmieni zdanie – nie lubił jeść w samotności. Nie doczekawszy się żadnej odpowiedzi, wzruszył ramionami.
– W takim razie miłych snów.
– Raczej koszmarów – mruknął Michael, gdy Gilan ulotnił się już z pokoju.

***

– Jesteś zmęczona – stwierdziła Angeline, siadając obok Adrianny na lekko wilgotnej trawie. Dziewczyna leżała z zamkniętymi oczami na ziemi i nawet nie drgnęła, gdy czarownica pojawiła się tuż obok.
– Powinnaś wrócić i iść spać.
– Nie mogę. – Wreszcie doczekała się jakiejkolwiek reakcji. Zabójczyni usiadła, spoglądając na nią kątem oka. Po chwili jednak zrezygnowała z kontaktu wzrokowego i zaczęła obserwować księżyc. Z każdą minutą robił się coraz bardziej widoczny na tle nieba, choć nie dało się jeszcze zauważyć gwiazd. Zawsze uwielbiała obserwować je nocą, wyobrażając sobie nieskończony wszechświat, kosmiczne odległości między galaktykami i wszystkie niesamowite zjawiska, jakie tam zachodziły. To był świat niedostępny dla niej, nie potrafiła pojąć jego ogromu – jak coś takiego w ogóle istnieje? Taki daleki, taki nieosiągalny, a jednocześnie tak bliski, że można go oglądać z ziemi. Jak zmarli. Dlatego od zawsze wierzyła, że jej rodzina żyje między gwiazdami.
– Trzymaj.
Obraz księżyca zasłoniła jej Angeline, trzymając w ręku fiolkę z lekko zielonkawym płynem. Adriana spojrzała na nią podejrzliwie, ale nie wyglądała, jakby miała za chwilę wybuchnąć.
– Co to?
– Eliksir usypiający. Jestem pewna, że nic ci po nim nie będzie. Tym razem nie pomyliłam składników…
– Nie chcę spać.
Angeline westchnęła ciężko, chowając fiolkę do torby. Powinna wracać do gospody, skoro zdobyła już żywicę, ale miała przeczucie, że nie powinna jej tu samej zostawiać.
– Chodzi o Michaela? Mogę ci zagwarantować, że nie zabije cię podczas snu. I nie zdradzi, cokolwiek o nim myślisz. Jeśli cię to uspokoi, to będziemy nad tobą czuwać, ja i Gilan.
Odpowiedziało jej tylko sarkastyczne wygięcie warg.
– Naszej dwójce też nie ufasz? Posłuchaj, Adriano, nie da się przez całe życie…
– Nie o to chodzi. Nie ufam tobie, ale ufam twojemu oddaniu Lysandrowi. Powiedziałaś, że mnie potrzebuje, więc nie podniesiesz na mnie ręki. A Gilan… to po prostu nie jest osoba, która zdradza. Chyba, że to pomoże mu uratować rodzinę. Jeśli chodzi o Michaela – wiesz, jak wygląda mój sen. Ddążę się obudzić, zanim mi poderżnie gardło.
– On nie…
– Wiem. To głupie, ale wiem. A wiesz czemu? Bo wbrew pozorom nie przyniesie mu to żadnych korzyści. Rozumiem go tak, jak ty nigdy nie będziesz w stanie. Jesteśmy tacy sami. Dlaczego Genoweńczycy wymordowali mi rodzinę? Nie z zazdrości, nie z zemsty. Likwidowali konkurencję. Zabójcy i najemnicy robią tylko to, na czym zyskają. Więc możesz być spokojna. Ostatecznie ani moja śmierć nie przyniesie mu zysku, ani jego mi. Zadowolona?
– Więc czemu nie śpisz? – Odetchnęła z ulgą. Z pewnością będzie łatwiej podróżować bez Adriany planującej zabójstwo towarzysza. O ile można było ufać jej słowom.
Zabójczyni milczała przez chwilę, zastanawiając się, czy powiedzieć prawdę. Ostatecznie Angeline i tak widziała już medalion.
– Gilan ma złoty medalion. Zdajesz sobie sprawę, jak ważny jest dla mnie i co by się stało, gdyby wpadł w ręce niewłaściwej osoby. Najchętniej zabrałabym go zwiadowcy i sama się nim zaopiekowała, ale Założyciel dał go właśnie Gilanowi, więc wole się nie wtrącać. On nie zdaje sobie sprawy z tego, co trzyma w ręce. Próbowałam mu to wytłumaczyć, ale skoro nie zna wszystkich faktów, nie zrozumie. Ja sama w pełni nie rozumiem. Ty też nie. Dlatego nie śpię – aby, jeśli zajdzie taka potrzeba, uratować go.
– Medalion czy zwiadowcę? – spytała niewinnie Angeline, nie mogąc się powstrzymać.
– Medalion – odparła z naciskiem Adriana, odwracając wzrok. Czarownica postanowiła nie drążyć. Wyjęła kolejny flakonik, tym razem z przezroczystą cieczą.
– Trzymaj, przyda ci się. Trzy krople na dzień i nie będziesz czuła zmęczenia.
– Jesteś pewna, że zadziała? Nie zapadnę po tym w śpiączkę ani nic z tych rzeczy?
Angeline westchnęła żałośnie. Spędzała z Adrianą niewiele czasu, ale to wystarczyło, aby dziewczyna zapoznała się z jej umiejętnościami. Kiedyś natknęła się na nią, gdy ważyła eliksir, a skutki tego incydentu… Lysander nie wiedział co powiedzieć, gdy zobaczył, że brakuje jednego skrzydła dworu. Na szczęście obie zdołały uciec, zanim wywar wyleciał w powietrze. Angeline jeszcze wtedy nie wiedziała, że proporcje mają jakieś znaczenie.
– To nie moje dzieło. Pozostało z tego, co dał mi Lysander, gdy opuszczałam dwór. Miałam go zachować na wszelki wypadek, ale tobie chyba bardziej się przyda.
Adriana pokiwała głowę i bez zastanowienia wypiła kilka kropel. Po chwili poczuła, jak całe zmęczenie znika, a myśli przestają być chaotyczne. Nie korzystała z żadnych magicznych specyfików nie tylko dlatego, że spotkanie prawdziwego maga, sprzedającego swoje produkty, równało się z cudem. Nie ufała sile zdobytej w łatwy sposób. Choć w niektórych sytuacjach, jak choćby teraz, idealnie się przydawały.
– Nie ufasz Lysandrowi, nie znosisz go, ale bez zastanowienia wypiłaś coś, co stworzył? – Angeline uniosła brwi zdziwiona.
– Nie ufam mu jako człowiekowi. Jednak nawet ja, magiczny analfabeta, czuję, jak potężną magią włada. Mogę go nienawidzić, ale to trzeba mu przyznać - jest doskonałym magiem. Dlatego mam gwarancję, że nie pomieszał składników i nie pomylił się w proporcjach. I naprawdę go nie lubię.
– Nie znasz go…
– I nie chcę poznać.

***

Gilan nie wiedział do końca, jak to się stało. Jeszcze niecałe pół godziny temu siedział samotnie i dłubał widelcem w talerzu, próbując oddzielić sałatę od pomidorów. Zastanawiał się, co on tu właściwie robi. Powinien być w drodze do Genowesy, aby… Miał wrażenie, że przerabia to już po raz setny. Pogrążony we własnych myślach nie miał ochoty na towarzystwo.
Potem otworzyły się drzwi, wpuszczając kolejnych gości. Zwiadowca nie zwróciłby na to uwagi, gdyby nie podekscytowane szepty grupki mężczyzny siedzących przy palenisku. Uniósł głowę i napotkał spojrzenie pięknej blondynki w różowej sukni. Nienawidził różowego. Kobieta uśmiechnęła się i trąciła łokciem swoja towarzyszkę. To odwróciła się i zmierzyła go wzrokiem. Gilan wzdrygnął się, widząc bliznę przecinającą całą twarz ciemnowłosej. Wglądała, jakby jakieś zwierzę próbowało rozszarpać ją na pół. Spojrzała znudzona na blondynkę i wzruszyła ramionami. Podała jej kubek z parującym napojem, zostawiając srebrne monety na ladzie.
– Można? – spytała blondynka, wskazując wolne miejsca naprzeciwko Gilana. Chłopak skrzywił się lekko.
– Jest jeszcze wiele wolnych miejsc…
– Lecz wszystkie są blisko tego nieprzyjemnego towarzystwa. Jeśli usiądziemy same z pewnością zaczną nas zaczepiać – wyjaśniła blondynka, spoglądając na niego wyczekująco. Jednocześnie dłonią wskazywała siedzących przy palenisku mężczyzn, którzy na jej słowa wybuchli śmiechem. Teraz wrócili do swojej rozmowy, lecz co chwila zerkali w stronę nowo przybyłych kobiet.
– W takim razie jestem pewien, że lepiej zrobicie, przysiadając się do tamtego gentelmana – zasugerował zwiadowca, wskazując barczystego myśliwego, który pochłaniał swoją kolację w rogu sali. – Wygląda na szlachetnego człowieka i z pewnością potrafił skręcić kark samymi rękoma. Wasi… adoratorzy zastanowią się kilka razy, zanim do was podejdą.
– Jest bez broni. Ty masz miecz. – Blondynka zmrużyła oczy, nie dając się przechytrzyć. Ręka Gilana automatycznie pobiegła do rękojeści miecza ukrytego pod peleryną. Był pewien, że dostatecznie dobrze go schował.
– Jesteś spostrzegawcza.
– To nie ja, to Isabelle – wyjaśniła, uśmiechając się do ciemnowłosej towarzyszki. – Przed nią nic się nie ukryje. Jestem Jacklyn, miło cię poznać. – Gilan nie zdążył nawet zaprotestować, gdy zajęła miejsce naprzeciwko niego.

To było pół godziny temu, a w tej chwili zwiadowca bardzo pragnął powrócić do tego momentu. Isabelle nadal popijała swój ziołowy napój, błądząc wzrokiem po sali i piorunując wzrokiem tych, którzy zawiesili spojrzenie na jej różowej towarzyszce.
Jacklyn najwyraźniej musiała znać jakieś magiczne sztuczki, bo w jednej chwili siedziała naprzeciwko niego, a teraz prawie właziła mu na kolana. Gilan jeszcze nigdy tak bardzo nie pragnął, aby drzwi się otworzyły i stanęła w nich Adriana z wieścią o nadchodzących Genoweńczykach. Miałby wtedy powód, aby opuścić to towarzystwo. Bez tego nie wypadało zostawić dam w potrzebie – przynajmniej tak wmawiała mu jego matka. A że była bardzo przekonywującą kobietą, jej biedny syn przeżywał prawdziwe katusze właśnie w towarzystwie różowej damy.
Gdy Isabelle oświadczyła, że muszą już iść, Gilan był gotów dziękować jej na kolanach. Nawet nie wspomniał o tym, że zapadła już noc. W tym momencie postanowił być egoistą i choć przez chwilę cieszyć się nadchodzącą wolnością.
– Odprowadzisz nas? Tylko do głównego traktu, to zaledwie godzinka konnej jazdy. W tych okolicach ktoś mógłby na nas napaść, potem droga jest już strzeżona. Mógłbyś wyświadczyć nam tą przysługę?
Gilan wahał się przez chwilę. Angeline kazała im zostać w środku, ale chyba nic się nie stanie, jak odprowadzi tą dwójkę do głównego traktu, dzięki czemu już więcej ich nie zobaczy. W końcu kiwnął głową. Na twarzy Jacklyn pojawił się piękny uśmiech.
– Spadłeś nam z nieba. Twoi towarzysze nie będą mieć nic przeciwko?
Zwiadowca zamarł zaskoczony, zatrzymując się kilka kroków przed drzwiami, które otworzyły się z hukiem. Do środka weszła Adriana, przeklinając wieczorny wiatr i śmiejąca się cicho Angeline. Zabójczymi spojrzała na Gilana, uwieszoną na jego ramieniu Jacklyn i stojącą obok Isabellę. Zmrużyła podejrzliwie oczy.
– Gdzie się wybierasz?
– Dalej, Gilanie, powiedz Adrianie, gdzie się wybieramy – wysyczała mu do ucha blondynka, zaciskając mocno palce na jego ramieniu. Zadziałał instynktownie, przyciskając ją do siebie i przykładając miecz do gardła. Przedstawił się jej jako Patric, nie wspominał o żadnych towarzyszach, na pewno w ich rozmowie nie padło imię Adriany.
Niestety Isabelle także wykazała się zręcznością. Stała za zabójczynią, przyciskając sztylet do jej serca. Adriana nie miała pojęcia, kiedy została pozbawiona broni ani kiedy została zakładnikiem.
– I co teraz? – spytał Gilan Angeline, która stała pośrodku, nie wiedząc, co zrobić.
– Zabij ją, Issie, będzie o jedną mniej. Przecież ten zwiadowca nie będzie w stanie mnie skrzywdzić… - Zamilkła, gdy zaczęło brakować jej powietrza. Spojrzała ze złością na Angeline, mruczącą coś pod nosem. To było najprostsze zaklęcie uzdrawiające, dzięki któremu mogła dotlenić rannych. Jednak odwróciwszy kolejność słów uzyskiwała formułę, która mogła zabić.
Isabelle rzuciła się na nią z krzykiem. Adriana jęknęła, gdy ostrze sztyletu zagłębiło się w jej biodro. Rozejrzała się za chwilową kryjówką, ale wtedy wszystko spowiła biel. Najpierw pomyślała, że to mgła. Angeline specjalizowała się w jej kontrolowaniu, ale po chwili zrozumiała, że to coś innego. Wokół niej unosiła się para wodna. Przełknęła ślinę. Jedna z tych kobiet musiała specjalizować się w magii wody, a przecież ciało człowieka składa się…
– Tu jesteś. – Gilan odetchnął z ulgą, kucając obok niej. Skrzywił się na widok krwi.
– Gdzie masz tą wiedźmę?
– Wyrwała mi się…
– Gdy przykładałeś jej miecz do gardła? Nie straciła przypadkiem głowy? – Spojrzała na niego z politowaniem.
– Po prostu nagle jej nie było. Stwierdziłem, że lepszą opcją będzie cię znaleźć najpierw, a potem zastanowić się, co zrobić z tym różowym koszmarem. Angeline zajęła się Isabelle i na razie chyba sobie radzi.
Wśród krzyków gości dało się wychwycić komendy myśliwego, informacje o tym, że żadne drzwi ani okna nie chcą się otworzyć i nawoływania matki, która wśród mgły zgubiła dziecko. Temu wszystkiemu towarzyszył trzask łamanych stołów i huk, gdy Angeline używała kolejnych zaklęć.
– Co to? – spytał Gilan, wciągając powietrze. Dziwny zapach zaczynał się robić coraz silniejszy i przypominał mu o burzy. Kątem oka zauważył rozbłysk po prawej stronie i popchnął Adrianę, chowając ich za blatem przewróconego stołu. W podłogę obok nich uderzył piorun. Zwiadowca zagryzł wargi, ale postanowił zaakceptować tą sytuację. To zupełnie normalne, że po gospodzie latają błyskawice.
 Adriana wyciągnęła z kieszeni małą fiolkę i upiła trochę. Miały być trzy krople dziennie, ale to była nadzwyczajna sytuacja. Z ulgą przyglądała się, jak rana przestaje krwawić. Nie była pewna, czy to zadziała. Po chwili kłujący ból w boku zniknął.
– W porządku. Zwiadowco, zapolujmy na wiedźmę.
Odetchnęła głęboko i rozejrzała się dookoła. Najpierw musiała zorientować się, gdzie jest Jacklyn. Nie mogli jej tak po prostu zaatakować, bo nic by to nie dało. Najlepiej byłoby, jakby jeden z nich odwrócił uwagę czarownicy, a drugi zaszedł od tyłu i wbił jej miecz w plecy.
– Odwracasz uwagę czy uderzasz zdradliwie od tyłu?
Mina Gilana mówiła wszystko o tym, co wybiera. Oczywiście, on nie zhańbi się tak niehonorowym czynem. Wstał bez słowa i wyszedł zza prowizorycznej barykady. Od razu musiał odskoczyć w bok, aby uniknąć kolejnej wiązki energii. Westchnął ciężko i pobiegł w kierunku, z którego nadleciała, dziękując bogom za podarowany mu refleks. Po chwili z bieli wyłoniła się Jacklyn. W ręce blondynki formowało się małe światło. Najwyraźniej nie mogła używać tego zaklęcia bez przerwy. Widząc w tym swoją szansę, Gilan rzucił się do przodu. Widząc to, kobieta zaprzestała wypowiadania zaklęcia. W jej ręce pojawił się sztylet, którym zablokowała miecz zwiadowcy. Ostrze prawie wypadło mu z ręki, gdy poczuł siłę uderzenia. Cofnął się o krok zdziwiony.
– Kto by pomyślał, że proste zaklęcie wzmacniające może być takie przydatne.
W takim wypadku zwiadowca wolał nie zbliżać się do niej. Dlatego podniósł walające się po podłodze krzesło i rzucił nim w czarownicę. Skrzywił się, gdy złapała je bez problemu. Spojrzał ze smutkiem na swój miecz. Czasem trzeba coś poświęcić. Wziął głęboki oddech i cisnął nim w Jakclyn, żałując jednocześnie, że zostawił saksę w pokoju. Widząc nadlatujące ostrze, kobieta odskoczyła w prawo. Wprost na sztylet Adriany.
Zabójczyni nie mogła uwierzyć, że czarownica uniknęła jej ostrza. Przecież już czuła, jak sztylet przebija materiał sukni, jak zaczyna zagłębiać się w ciało. Teraz Jacklyn stała dwa metry dalej niż sekundę temu, z niezadowoleniem przyglądając się porwanemu materiałowi i małej ranie na brzuchu. Istniało tylko jedno wytłumaczenie.
– Teleportacja – syknęła, stając obok Gilana. Musieli coś wymyślić, bo inaczej przeciwnik zawsze będzie im umykać chwilę przed zadanym ciosem.
– Brawo! To moje ulubione zaklęcie, lecz to nic nie zmienia. Adriano, zostaw zwiadowcę i wyjdź z sali. Nic od ciebie nie chcemy, możesz wrócić do domu. Nie zagwarantuję ci, że Lilith się tam nie pojawi, ale…
– Przez was mój dom leży w gruzach. Podobnie jak cały Araluen. A ja mam niezwykłą chęć ściąć ci tą blond głowę.
– Cóż… W takim razie, czy wiedzieliście, że w komosie powstają struktury zwane czarnymi dziurami, które wciągają wszystko, co napotkają na swojej drodze? Nawet światło. Trudno uwierzyć na słowo, więc pozwólcie, że zaprezentuję.
Na jej ręce pojawiła się mała kropka, która zaczęła powoli rosnąć i wirować. Adriana miała coraz większe problemy z oddychaniem.
– Pochłonie wszystko, co jej każę. Na przykład tlen wokół was.
Powietrze przeciął krzyk. Mgła odrobinę się rozrzedziła, ukazując szamoczącą się na podłodze Angeline. Trzymała się za gardło, twarz miała czerwoną, paznokcie wbijała w skórę, tworząc czerwone pręgi.
– Isabelle potrafi być naprawdę przerażająca. Ciało ludzkie składa się głównie z wody. Jeśli podnieść jej temperaturę… To naprawdę potworne– zachichotała blondynka, wpatrując się z dumą w stojącą nad Angeline towarzyszkę. Twarz Isabelle nie wyrażała nic, miała dokładnie ten sam wyraz, gdy piła swój ziołowy wywar, siedząc z Gilanem przy stole.
Adriana podniosła wzrok i napotkała spojrzenie Gilana. Przesunął się w stronę swojego miecza. Jacklyn się zdekoncentrowała, więc jej zaklęcie przestało działać i mogli normalnie oddychać. To była idealna okazja do ataku, ale najpierw Adriana musiała pomóc towarzyszce. A zwiadowca może się zająć blondynką.
Chwyciła swój sztylet w momencie, gdy w ręku Isabelle pojawił się miecz stworzony z wody. Westchnęła ciężko. Tylko tego jej brakowało. Jedna się teleportuje co chwila, choć powinno ją to wykończyć, a druga może tworzyć wodne ostrza. Teraz do pełni szczęścia brakuje wizyty Marcusa.
Isabelle podniosła miecz, chcąc zadać cios Angeline, która wciąż wiła się u jej stóp. Adriana wycelowała sztylet, ale nie miała pewności, czy jest dobrze. Ta przeklęta mgła przeszkadzała jej w ocenieniu odległości i siły z jaką musi rzucić. Już miała ryzykować, gdy miecz zniknął z rąk Isabelle. Kobieta spojrzała na swoja pierś. Adriana także skierowała tam wzrok, podobnie jak zwiadowca i jego przeciwniczka. Z klatki piersiowej czarownicy wystawał czarny bełt kuszy. Krew rozchodziła się nieregularnie po materiale sukni, tworząc makabryczne wzory. Kobieta zachwiała się ponownie, gdy rozległ się świst i kolejny bełt utkwił w jej ciele. Idealnie obok pierwszego.
– Issie! – wrzasnęła Jacklyn, zapominając o Gilanie i rzucając się w stronę towarzyszki. Dopadła do niej, zanim zdążyła upaść na ziemię. Prostym zaklęciem odtrąciła kolejny pocisk i wyrwała bełty tkwiące w ciele Isabelle. Ta krzyknęła, łapiąc ją mocno za nadgarstek. Jej zaklęcie przestało działać, Angeline próbowała uspokoić oddech.
Blondynka rzuciła wściekłe spojrzenie w stronę, z której nadleciały bełty.
– Zabiję – warknęła i po chwili zniknęła, zabierając ze sobą ranną towarzyszkę.
Mgła opadła, ujawniając chaos, jaki zapanował na sali. Powywracane stoły, połamane krzesła, parę osób zemdlało, gdy próbowało znaleźć sobie kryjówkę. Angeline kaszlała mocno na podłodze, ale wyglądało na to, że dochodzi do siebie. Gilan siedział na podłodze i opierał się o przewrócony blat, śmiejąc się cicho, czym dawał ujście swoim emocjom.
Adriana poczuła się naprawdę zmęczona. Podeszła do miejsca, gdy leżały zakrwawione bełty i zabrała je z ziemi. Przeszła przez całe pobojowisko, próbując nie potknąć się o żadne fragmenty mebli.
Zatrzymała się na pierwszym stopniu schodów. Nawet nie pytała, jakim cudem trafił z takiej odległości, gdy w tej mgle nie było nic widać. Po prostu wyciągnęła w jego kierunku rękę, w której ściskała bełty. Michael przyjął je bez słowa. Zawahała się.

– Doskonała celność.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Przed chwilą skończyłam pisać i miałam zamiar sprawdzić literówki. Ale jak spojrzałam na datę ostatniego rozdziału, postanowiłam wstawić bez sprawdzenia, bo to zajęłoby mi kolejne godziny (ok, to przesada, ale chwilę to zajmuje). 
Pewnie większość z was nie tego oczekiwała - nawet ja sama oczekiwałam czegoś innego. Ale najwyraźniej odzwyczaiłam się od pisania o Gilanie i Adrianie i muszę się z powrotem, po matulku wdrożyć. Bardzo nie podoba mi się ten początek, jest taki bez sensu według mnie, ale nie mam siły go przerabiać. Przeżyjcie. Przynajmniej długość powinna zadowolić.
Sądzę, że w następnym rozdziale, jeśli będzie o tej czwórce, zaczniemy już sobie co nieco wyjaśniać i porządkować, bo na razie to był niezły chaos. Jeśli jednak pojawi się wątek z Genowesy, to cóż... Będzie wielki chaos. Bo dodajcie sobie zwiadowców, Halta, Genoweńczyków, porwanych i żądnych zemsty królów i rycerzy. Dodajcie do tego rzucających się z radosnym okrzykiem na wroga Skandian z Erakiem na czele. Chaos. A jeszcze Jin się gdzieś tam zaplątał.
To co wolicie w kolejnym rozdziale?
Dziękują za wszystkie komentarze, dzięki którym mam siłę usiąść i coś nabazgrać :D
Pozdrawiam,
Mentrix

Mia LOG